(19) MEDIOLAN – „Marian, tu jest jakby luksusowo…”

Mediolan

Wrześniowy, letni, ciepły wieczór, siedzimy na balkonie. Jest ciepło i leniwie.

„A może byśmy gdzieś wyskoczyli na weekend?” pada ze strony Najlepszej z Żon. Sprawdzam promocje na bilety lotnicze. O! Mediolan jest tani, ciekawe, jak tam z kwaterami. Też nie jest źle. Pół godziny później, kilka dni na początku pażdziernika są już zaklepane i opłacone.

Jak przed każdym wyjazdem zaczynamy przygotowania merytoryczne. Co chcemy zobaczyć, co możemy sobie odpuścić, na co musimy znaleźć czas. Od razu okazuje się, że na „Ostatnią Wieczerzę” szans nie mamy – miesiąc przed naszym wylotem wszystkie terminy wejść są już wykupione. Trudno.

Kupujemy bilety online do katedry Duomo (łącznie z wejściem na jej dach). Koniecznie chcemy zaliczyć galerię Pinacoteca di Brera – też kupujemy bilety przez neta. Do muzeum techniki z wejściem nie powinno być problemów, więc te i pozostałe zostawiamy sobie do decyzji na miejscu.

Teraz, po powrocie z tego pięknego miasta, już wiemy: jadąc do Mediolanu TRZEBA mieć plan. Tyle jest tam atrakcji do zobaczenia i zwiedzenia. Trzeba mieć plan i SPECJALNĄ PRZEJŚCIÓWKĘ do kontaktu (do kupienia w każdym supermarkecie).

Lądujemy w Bergamo. Wiemy, że samo Bergamo również  warte jest zobaczenia choćby przelotnie, więc zostawiamy sobie tę krótką wizytę na dzień powrotny. Z Bergamo do Mediolanu jest około 50km, z lotniska jedziemy autobusem. Nie wiedzieliśmy, że ci pasażerowie, którzy kupili wcześniej bilety przez aplikację mają pierwszeństwo wejścia do autokaru, ale udaje się nam załapać. Po godzinie jazdy i kwadransie na nogach stajemy pod 'naszym’ hotelikiem.

Hotel jest bezobsługowy. A w zasadzie do obsługi samodzielnej, bez recepcji. Coś, jak przygody Lary Croft w grze Tomb Raider: podnieś niebieską klapkę z lewej strony, wpisz kod, przejdz przez drzwi, wpisz kod na czerwonym panelu, otwórz skrzynkę, znajdź  klucz, otwórz drzwi. Postępujemy zgodnie z instrukcjami i wszystko się udaje. Pokój dość spory, czysty i przyjemny. Na blacie czeka ekspres i kawa – to zdecydowanie polepsza nam nastroje.

Chwilę odpoczywamy i ruszamy na wieczór zapoznawczo – rozpoznawczy po najbliższej okolicy. Okazuje się, że mieszkamy w długim ciągu knajpek i knajpeczek. Już wiemy, że ani obiadu, ani śniadania, ani kolacji nie będziemy musieli daleko szukać. Jest ciepło. Spacer dobra rzecz.

Gdy po raz pierwszy wchodzimy na plac Duomo, jest już ciemno.  I to jest tak, że gdy za plecami świeci się  Galeria Wikora Emanuela II, po prawej błyszczy ogromny neon GUCCI a po lewej góruje fasada Katedry Mediolańskiej – to musi robić wrażenie na każdym.

Przechodzimy przez przepięknie zdobioną galerię w kierunku opery La Scala, witamy się z pomnikiem wielkiego Leonarda. Bilety do katedry mamy na jutro, wiec przyjemnymi uliczkami wracamy powoli do holetu. Ekskluzywne butiki, drogie i bardzo drogie samochody są absolutnie wszędzie. Przechodząc obok kolejnego sklepu Prady spoglądamy na siebie i równocześnie mówimy tekstem Ewy Kasprzyk z komedii 'Kogel-mogel’: „Marian, TU JEST JAKBY LUKSUSOWO!”…

Gdy wracamy pod hotel większość knajpek już się zamyka. Żona rzuca jeszcze: fajnie by było znaleźć jakieś lokalne targowisko na jutro. Jutro będzie długi dzień. Idziemy spać.

Bilety wstępu do katedry Duomo mamy na godzinę 10:30. Budzi nas hałas za oknem. Od samego rana coś sie tłucze, głośno przewalają się duże ilosci ludzi, ciągle ktoś głośno pokrzykuje po włosku. Wyglądam przez okno… a tu tuż za oknem duży, uliczny targ! Poprzedniego wieczora chcieliśmy taki właśnie odszukać, a tu targ znalazł nas! Pełnia szczęścia 🙂

Bierzemy plecak, drobne euro, kartę płatniczą i ruszamy na łowy. I jest w czym wybierać. Mnóstwo serów, mięs, przysmaków, gotowych posiłków do odgrzania lub odgrzewanych na miejscu przez sprzedawców, owoce, słodycze i wiele odmian lasagne… dobrze, że mamy w pokoju lodówkę.  Nie jest tanio, ale nie możemy sobie odmówić tej przyjemnosći. Dodam, że kupujemy wśród Włochów, turystów można policzyć na palcach.

Po zakupach pędzimy już prosto do katedry. W odróżnieniu od miast hiszpańskich i portugalskich, Mediolan tętni życiem od samego rana. Architektura miasta najbardziej kojarzy nam sie z Paryżem. Co kawałek, między domy handlowe a nowoczesne budynki, mijamy wepchnięty jakby na siłę stary, kilkusetletni bydynek albo kościół. Ulice są wąskie i po raz kolejny sobie obiecuję: muszę kupić szerokokątny obiektyw! Bo nie da się standartowym szkłem objąć wielkości tego miasta. Pięknego miasta – co należy podkreślić.

Gdy stajemy na środku placu Duomo, zalana porannym słońcem katedra wygląda obezwładniająco. Zwłaszcza, że przechodzące pod skosem promienie wydobywają setki detali jej kolumn i ścian. Sam plac przed katedrą jest duży, choć zaskakująco dużo mniejszy niż krakowski rynek, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Na podziwianie będziemy mieli jeszcze czas, na razie idziemy do katedry. Przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa (zapomnijcie o scyzorykach, śrubokrętach, korkociągach itp). To miejsce kultu religijnego, nie można więc wejsć do niej w szortach lub innym zbyt skąpym ubraniu.

Magia Katedry Duomo kryje się w jej szczegółach. W jej witrażach, rzeźbieniach i podświetlonym na czerwono, jak światło ostrzegające samoloty, gwoździem z chrystusowego krzyża wysoko nad absydą. Sklepienie jest oddalone od naszych głów o aż 45 metrów.

Jest duża. Ba! Jest ogromna. Może pomieścić nawet CZTERDZIEŚCI TYSIĘCY osób. Inne liczby: 3400 rzeźb, w tym 700 marmurowych. Największe wrażenie wywarł na nas wyrzeźbiony święty Bartłomiej – naturalnej wielkości postać, obdarta ze skóry i nią przepasana. Genialne oddanie mięśni i sylwetki. Najwięcej czasu zajęło nam chyba jednak podziwianie witraży i historii w nich opowiedzianych. Samo wnętrze jest w swoim ascetycznym gotyku znacznie mniej spektakularne od kipiącej przepychem katedry w Sevilli czy dużo mniejszej Notre-Damme.

Schodzimy jeszcze pod ziemię do strefy archeologicznej – widzieliśmy takie wykopki wiele razy i już nie robią na nas (niestety) wrażenia. Ale dla zainteresowanych – może i warto.

Czas na dach katedry. Można nań wejść schodami lub wjechać windą. My wybieramy długie i wąskie schody. Kiedy podczas wspinania się po wyślizganych stopniach zaczyna się robić naprawdę klaustrofobicznie, półmrok schodów kończy się jaskrawo oświetlonym przez wpadające światło wąskim wyjściem.

Pierwszy taras, z wysokości kilkudziesięciu metrów otwiera widok na prawą stronę placu i galerię Wiktora Emanuela IIgo. I na spacerujących po Piazza del Duomo ludzi w dole. I na dziesiątki balkonów i tarasów, na których Włosi i turyści piją poranną kawę przy branchu. Las pięknie rzeźbionych łuków i wymyślnych kolumn.

Na gównym tarasie siadamy na chwilę i czekamy, aż wszyscy wokół porobią już obowiązkowe selfie z widokami. Panorama miasta, niezależnie w którą stronę patrzymy – wymiata. Nad nami góruje złocąca się w słońcu La Madonnina – jedno z symbolicznych dla miasta ukazań Matki Boskiej, przy okazji – najwyższy punkt Mediolanu. Jest ciepło i przyjemnie. Spacerując wokół tarasu wybieramy na cel dalszego spaceru odcinający się ceglaną czerwienią zamek rodziny Sforzów.

Plan jest, ale przed nami jeszcze muzeum katedralne. Schodzimy lewą stroną katedry podziwiając monumentalne rzygacze i gargulce. Są naprawdę świetne.

Muzeum katedralne to oddzielny bydynek. I o ile wystawa archeologiczna jest taka sobie, Grande Museo del Duomo jest warte zwiedzenia i poświęconego czasu. Świetnie zorganizowane, kapitalnie oświetlone, bogate w zbiory, interesujące i nie zajmujące więcej niż godzinę. A w sumie katedra Duomo de Milano z przyległościami zajęła nam dobre trzy godziny. Dobrze spędzone trzy godziny.

Z placu Duomo wychodzimy w jego połnocno-zachodnim rogu i przez plac Cordusio  szeroką ulicą Via Dante kierujemy się wprost na wyłaniającą się powoli twierdzę Castello Sforzesco. Wstęp do rodzinnych włości ojca naszej królowej Bony jest darmowy. Historia intryg, pałacowych morderstw, podbojów, wojen, licznych przebudów odcisnęła piętno na tej imponującej surowym rozmachem budowli. Ale przede wszystkim zamknięte wysokimi murami  przestrzenie z trawą, fontannami i ławkami sprzyjają odpoczynkowi i relaksowi. Jeden z dziedzińców, z odbijającymi się w płytkim basenie kolumnadami przypomina nam wizytę w Alhambrze. Mamy ochotę zaliczyć tutaj jeszcze galerię sztuki, ale że na jutro mamy w planie ogromą galerię Pinacoteca di Brera – rezygnujemy.

Z zamku Sforzów wychodzimy północną bramą i zanurzamy się w zieleń parku Sempione. I po raz kolejny po 'krakosku’ zazdrościmy miejskiej zieleni. Bo zielonego w tej metropolii jest zaskakująco wiele. Siadamy na chwilę pod łukiem triumfalnym Arco della Pace i spacerkiem lokalizujemy ulicę Via Brera, przy której mieści się działające już od dwustu lat muzeum malarstwa.

Jeszcze jakieś małe zakupy, jakieś jedzenie i po całym dniu na nogach wracamy do hotelu skosztować pyszności z porannego targowiska.

 

Dzień zaczynamy od kawy i ciastka. Tak lubimy. Biorę podwójne espresso i cappuccino grande. Nie muszę dodawać, że Włosi kawę rozumieją i dobrze w tę grę grają. Ja wybieram coś w rodzaju francuskiego croissanta, Lepsza Połowa nie opiera się tiramisu. JEST DOBRZE.

Do Pinacoteca di Brera docieramy w momencie, gdy słońce wychodzi nad wysokie mury budynku i zalewa dziedziniec jasną poświatą, tworząc świetlistą aureolę nad głową posągu Napoleona Bonaparte, ukazanego jako 'Mars niosący pokój’. Gigantomania pierwsza klasa.

Zaczynamy zwiedzanie od biblioteki, w której zorganizowano wystawę szkiców i rysunków Saula Steinberga – jednego z nadwornych ilustratorów amerykańskiego The New Yorkera. Choć nie jestem fanem kreski pana Steinberga – cieszę się z okazji zobaczenia klasyka rysunku.

Na wyższych piętrach galerii zaczyna się jazda bez trzymanki. Obrazy i malowidła  z wieku XIV i XV wcale nie są najstarszymi eksponatami. Rafael, Caravaggio, Canaletto, słynny 'Pocałunek’ Francesco Hayeza, Mantegna, „Kazanie św Marka w Aleksandrii’ obu Bellinich … szleństwo klasyki renesansu. Nieustannie towarzyszy nam dziwne uczucie, które poznaliśmy  w Londynie czy w Paryżu, że dziwnie jest widzieć na żywo obrazy, które znamy z podręczników szkoły podstawowej i z niezliczonych reprodukcji w czasopismach i katalogach. I to robi wrażenie.

Ciekawostką są ustawione przed niektórymi dziełami  stanowiska ze szkicownikami, przy których każdy może spróbować swoich sił malarskich. Ciekawa jest próba pierwszych obrazów 3D – z doklejonymi prawdziwymi kluczami. Ciekawe jest zawarte na obrazie wyobrażenie mapy świata sprzed kilkuset lat.

Innego dnia obieramy na cel Muzeum Techniki, którego pełna nazwa dumnie głosi „Museo Nazionale della Scienza e della Tecnologia Leonardo da Vinci”. Jako ludzie o wykształceniu technicznym cenimy sobie takie miejsca, i staramy się zawsze do takich muzeów dotrzeć. I widziliśmy już ich kilka. Kilka całkiem sporych.

Ale w takim, w którym mieści się żaglowiec, jeszcze nie byliśmy. Tak, to nie błąd: ŻAGLOWIEC w całości. I kawałek transatlantyka. I rakiety kosmiczne. I cała łódź podwodna. I parowozownia z parowozami. I całe mnóstwo rekonstrukcji genialnych wynalazków DaVinci. I pełnomorski katamaran. I samoloty oraz śmigłowce. I Playstation 1 oraz Commodore C64. I legendarna 'żywa torpeda’ – niesławna miniatorowa łódz podwodna. I wiele interaktywnych ekspozycji. Każdy znajdzie coś pod siebie.

Po Mediolanie można spacerować godzinami chłonąc miasto. A to trafiamy na starożytne, rzymskie kolumnady przy ruchliwej ulicy. Albo z ciekawośi wchodzimy do futurystycznego, podziemnego sklepu Appla. Lub krętymi schodami zagłębiamy się w mauzoleum włoskiej armii. Co kawałek trafiamy na jakiś zabytkowy kościół, muzeum, galerię, katedrę. Albo (najlepiej wieczorem) można iść nad mediolańskie kanały.

Kanały Mediolanu to pozostałości dawnego systemu transportowo – komunikacyjnego miasta. Znajdują się około dwóch kilometrów od ścisłego centrum i zdecydowanie warte są grzechu marnowania czasu. Najpierw zaopatrzenie: kupujemy jednorazowe łyżeczki, Aperol i Proseco. W Mediolanie wszyscy piją Aperol Spritza. W małej cukierni kupujemy pudełko tiramisu. Po drodze na kanały Darseny trafiamy na gwałtowną demonstrację. Jakieś takie mamy szczęście, ostatnio ciągle na jakieś protesty trafiamy.

Rozsiadamy się na deptaku przy Viale Gabriele D’Annunzio. Jeszcze jest widno, ludzie dopiero się schodzą. Zwiedzając okolicę zauważamy, że akurat trwa mecz AC Milanu z Juventusem i wszystkie knajpki zajęte są przez rozgorączkowanych kibiców. Lepszych miejsc, niż znaleźliśmy na początku już nie znajdziemy. Wycofujemy się więc na wybrane pozycje, a oba brzegi kanału zapełniają się powoli ludźmi.

Kanał powoli rozbłyska setkami odbitych świateł nadbrzeża. Po obu stronach, na każdym wolnym miejscu zbierają się ludzie. Stoiska z drinkami i przekąskami otwierają handlarze. Zaczyna się wieczorne życie.

Z każdej strony gra muzyka, grupki młodzieży co chwilę wybuchają śmiechem. Kawałek od nas zaczynają się spontaniczne wyścigi na deskorolkach. Kosze na śmieci zapełniają się butelkami po piwie i zgniecionymi puszkami.

My też rozkładamy się z piknikiem i chłoniemy atmosferę. I po raz kolejny bardzo nam żal, że u nas tego nie wolno robić, że za wypicie piwa nad brzegiem Wisły grozi mandat. A przecież, gdyby takiej formy spędzania wieczoru zabroniono w Porto, Lizbonie, Maladze, Paryżu… to chyba wybychłyby zamieszki. Bo to zupełnie naturalna, przyjemna i totalnie nieszkodliwa forma spędzania czasu ze znajomymi. I nikt się nie opija, nie wszczyna burd. A odpowiednie służby do rana sprzątają teren na błysk.

Dzień powrotu przysparza nam dreszczyk emocji. W zasadzie całkiem sporą nerwówkę. Przed odlotem chcemy zobaczyć kawałek Bergamo. Idziemy na dworzec kolejowy złapać podmiejski pociąg. Od samego rana, po kilku dniach doskonałej pogody, leje deszcz. Mediolan tonie w wodzie i korkach. Pod dworcem i na dworcu masa ludzi. Głośne komunikaty po włosku zmieniają kierunek tłumu raz w jedną, raz w drugą stronę. Czytamy terminal: CANCELATO… CANCELATO… CANCELATO. Bo strajk. Mamy co prawda zapas czasu, ale na samolot musimy przecież zdążyć. Kupujemy przez aplikację bilety na autobus. Odjazd dopiero za półtorej godziny, więc z Bergamo możemy się pożegnać.

Na pocieszenie idziemy na miłe włoskie śniadanie i kawę. Okazuje się, że na śniadanie jest już za późno, bo wydawane jest tylko do godziny jedenastej. Bierzemy więc kawy i ciastko + buła na ciepło (bułka duża, z mozarellą i dojrzewającą szynką – bardzo dobra). Gdy wracamy na przystanek autobusu ciężko się przepchać przez zdezorientowanych ludzi. W końcu z dużym opóźnieniem i po zaciętej walce o miejsca udaje nam się w ślimaczym tępie dojechać na lotnisko. Nad Bergamo widac przebłyski słońca i z mgły wyłaniają się góry.  Z jednej strony trochę nam żal,  z drugiej – mamy powód  do powrotu.

Kilka godzin później lądujemy w Krakowie. Czas planować kolejny wyjazd…

Pozdrawiamy: dwojezplecakiem.pl

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *