01) LA GOMERA – Raj dla nieśpiesznych

          PRZED WYJAZDEM: Pomysł zobaczenia La Gomery urodził się nam kilka lat wcześniej i musiał dojrzeć. Bo tam przecież NIC nie ma! 

Valle Gran Rey

PO POWROCIE: Dziesięć dni na LA GOMERA przerosło nasze oczekiwania, naszą wiedzę internetową i wszystko, na co byliśmy przygotowani. Naczytaliśmy się przewodników i opinii, że tam dwa dni to aż nadto, że w zasadzie nuuuda, że wyspa mała, wyspa cicha, nie ma dyskotek, nie ma co zwiedzać, nie ma co zobaczyć. 

Alto de Garajonay
Playa de Argaga

 

Po 10ciu styczniowych dniach na Gomerze – jesteśmy zachwyceni. Aktualnie to nasz numer 1.  

 

 

LOGISTYKA

     FIRST  THINGS  FIRST: jak się TAM dostać. Czy wybrać opcje przelotu z przesiadką i tracić czas na transfery lotniskowe, czy samolot + prom. 

– Opcja wyłącznie samolotowa: najtaniej i najpewniej lecieć Lufthansą przez Monachium lub Frankfurt. Lądujecie wtedy na niewielkim lotnisku w Playa de Santiago i autobusem (o tym trochę później) lub wynajętym samochodem (o tym również dalej) poruszacie się po wyspie.  

– My wybraliśmy opcję samolot + prom. Dlaczego? Tanie linie z Polski latają na Teneryfę POŁUDNIE często, gęsto i tanio. My kupiliśmy bilety powrotne za 630zł na dwoje, ale można trafić taniej. Lot na Teneryfę PÓŁNOC i dojazd autobusem do portu Los Cristianos na południu w tym wypadku jest stratą cennego czasu. Choć oczywiście jest możliwy i dostępny. Ale po co.  

Lądujemy więc na Teneryfie POŁUDNIE, wychodzimy przed lotnisko. Wita nas szereg przystanków autobusowych… i od razu uświadamiamy sobie, że NIE JESTEŚMY już w Europie. Jesteśmy NA HISZPAŃSKIEJ WYSPIE. Znaczy to tyle, że zegarek chowamy głęboko w kieszeń plecaka, wyuczone informacje na temat rozkładów jazdy – zapominamy. I rozpoznajemy rzeczywistość organoleptycznie. 

guagua

My akurat wsiedliśmy do autobusu nr44. Ale Was może czekać inny numer. Byle miał napisane LOS CRISTIANOS. Bilet za 3.2e kupujemy u kierowcy (wsiadanie tylko przez przednie drzwi). Jazda trwa około 20min, wysiadamy w centrum Los Cristianos i sympatycznymi uliczkami kierujemy się w stronę morza. Drogowskazy na PUERTO są co kawałek. 

100 Montaditos breakfast

Jeżeli macie do promu trochę czasu, a po locie jesteście głodni: po drodze, idąc Avenida Los Playeros, będziecie przechodzić koło małego, omurowanego skwerku pod kościołem (Nuestra Senora del Carmen: ładny kościół w stylu kolonialnym, nie sposób go przeoczyć). Wejdźcie na plac i po lewej stronie znajdziecie knajpkę z parasolami “100 Montaditos”. Skorzystajcie koniecznie – tak zaczniecie przygodę z Kanarami: świetne i szybkie jedzenie, dużo zestawów na każdą porę dnia. Dla nas zestaw: dwie (DOBRE) kawy + ciacho (lokalna mufina biała lub czarna) + dwie połówki podpieczonej bagietki (jedna z dojrzewającą szynką, druga z pastą pomidorową i oliwą) kosztowały… 5e. Tak, PIĘĆ EURO!                    

 

Naviera ticket

W porcie czeka nas decyzja: albo prom Fred Olsen Express (trochę droższy, trochę szybszy), albo Naviera Armas. Oba odpływają w konkurencyjnie podobnym czasie. Rozkłady jazdy na stronach www przewoźników. My kupujemy na Navierę, bo taniej. Promy są drogie – i tu nie ma zmiłuj. Nasze bilety Los Cristianos (Teneryfa) – San Sebastian (La Gomera) kosztowały 32e na głowę W JEDNĄ STRONĘ.  

Czy warto kupować przez internet lub bookować wcześniej? NIE. Nie trzeba. Promy są duże, miejsc nie zabraknie. A jeśli stoimy w kolejce po bilet tuż przed rejsem i zaczynamy nerwowo spoglądać na wiszący chronometr martwiąc się, czy zdążymy kupić i popłynąć? SPOKOJNIE 🙂 Przecież pisałem wcześniej – zapomnijcie o nawykach z kontynentu: pani z okienka co chwilę woła po hiszpańsku i angielsku “kto chce bilet na teraz? Kto jeszcze nie ma biletu?” … i sprzedaje spóźnialskim bilety w pierwszej kolejności. 

Naviera ferry

Promy są naprawdę komfortowe, dobrze wyposażone w mini-kawiarnie i jadłodajnie. Po prostu tymi samymi promami codziennie pływają między wyspami lokalsi do pracy. 

Dodatkowym urokiem takiego rejsu są stada delfinów skaczące w wodzie kilkadziesiąt metrów od burty. Niezły bajer – jak na amerykańskich, kiczowatych filmach. Ale micha się cieszy od ucha, do ucha. 

Rejs trwa około godziny.

 

HOLA LA GOMERA!  

Promem dopływamy do stolicy wyspy – San Sebastian. Jest godzina 15ta lokalnego czasu (pamiętajcie o zmianie czasu!). Od razu przy wyjściu z portu znajdujemy nasze biuro wynajmu samochodów. 

My wynajęliśmy w CICAR. Już tłumaczę: zarezerwowaliśmy samochód przez internet jeszcze z domu, bo po pierwsze – bezkosztowo, bez żadnych opłat, wszystko płatne na miejscu (karta lub gotówka). Po drugie – nie biorą kaucji (u innych 200-300e). Po trzecie – mają dobre samochody w dużym wyborze. I tu dygresja: jeżeli zarezerwujecie przez internet wcześniej, nie będą Wam wciskać auta z innego segmentu tłumacząc się brakiem tych tańszych. Poza tym możecie liczyć na rabat, o który trzeba się upomnieć w biurze. Zresztą na miejscu też można trafić w promocję. Nas półroczna Corsa z przebiegiem 24kkm na 10 dni kosztowała 140e z pełnym ubezpieczeniem. Pełne ubezpieczenie jest istotne.

I druga dygresja: jeżeli wynajęty samochód ma rysy, wgniecenia, obicia – robicie fotkę z datą i parkingiem ZANIM ODJEDZIECIE. Na wszelki wypadek. 

CZAS NA PODBÓJ GOMERY 🙂 

1) TRANSPORT: jak i czym się poruszać.

My mieszkaliśmy w miejscowości Valle Gran Rey. Z San Sebastian to w linii prostej tylko 20km. Problem w tym, że na Gomerze Nie ma linii prostych. Praktycznie, z odległości 20tu kilometrów robi się kilometrów ponad 55 (lub 49km na skróty, ale skrótów nie polecam na pierwszy raz) drogi pokręconej jak baranie rogi.  

Gomera road

Porównując z Fuerteventurą lub Teneryfą – wyspa jest malutka. Dwadzieścia trzy na dwadzieścia jeden kilometrów. Nie da się jej objechać dookoła – taka trasa nie istnieje. Wiąże się to z tym, że za każdym razem jadąc w poprzek wyspy trzeba przez 10km wjechać na wysokość 1400m i kolejne 10km z takiej wysokości zjeżdżać. Bardzo krętymi i wąskimi drogami o bardzo dobrej nawierzchni. 

Iglesia de San Antonio

Jeżeli jedziecie samochodem – nie liczcie na to, że szybko przeskoczycie z południa na północ – to trwa godzinę. Po pierwsze dlatego, że będziecie jechać 40km/h, na zakrętach zwalniając do 20km/h. 

Valle Gran Rey

Po drugie: co kawałek będziecie się zatrzymywać na miradorach (punkty widokowe). Widoki są OBŁĘDNE! Nawet, jeśli już raz któryś z nich zaliczycie… i tak zatrzymacie się na nim ponownie, bo o każdej porze dnia, przy każdej zmianie światła, przy zejściu lub podniesieniu się chmury panorama jest inna. 

I bardzo ważne: dbajcie o poziom paliwa w baku. Nie zakładajcie: mam do zrobienia 20km, spokojnie dojadę na oparach. Spalicie więcej niż zakładacie, stacji paliw na całej wyspie jest zaledwie kilka a drogi są wąskie i bez poboczy. Jeśli akurat do tankowania jest kolejka (bo podjechała cysterna, bo pan ze stacji zagadał się z ziomkiem, bo akurat obsługa czyta gazetę lub je obiad) – czekajcie i zatankujcie. Na Gomerze NIE WOLNO się śpieszyć. 

Aha! I uważajcie na wszędobylskie kozy – one są u siebie, nie boją się ludzi i bezlitośnie trykną Was lub Wasz samochód, jeżeli spróbujecie je przegonić. 

Arure

Autobusy (GuaGuas): kursują bardzo sprawnie po całej wyspie. Są tanie i mają nawet rozkłady jazdy. Ale… przypominam – jesteście na Gomerze! Autobus przyjedzie wcześniej lub później, a jak go nie ma – to znaczy, że jeszcze nie przyjechał. Należy otworzyć wino z plecaka lub skoczyć do wsi na kawę (malutkie lokale przydomowe są wszędzie). I cieszyć się ciepłem dnia, brakiem smogu. Ciszą zakłócaną szczekaniem psa. 

W każdej większej miejscowości jest zajezdnia autobusowa (zawsze duży napis “GUAGUAS”). Linie są dobrze opisane i autobusy w pożądanym kierunku odjeżdżają w miarę punktualnie (+/- 15min). To znaczy, autobus nie odjedzie, dopóki nie załaduje wszystkich chętnych. ALE też NIE ZABIERZE NIKOGO PONAD ILOŚĆ MIEJSC. Jeżeli macie większy bagaż/ walizkę – obowiązkowo pakujecie do luku bagażowego. Bilet oczywiście u kierowcy. 

Przykładowy czas jazdy San Sebastian – Valle Gran Rey:     

samochodem – 50min 

autobusem – 1h 40min 

 

Valle Gran Rey

2) TOPOGRAFIA i POGODA: gdzie mieszkać 

La Gomera jest zielona. Zarośnięta jak knur szczeciną. W centralnej części wyspy gęsty las wawrzynowy w parku Garajonay (o nim dalej, w wycieczkach), niżej i bliżej brzegów – palmy i uprawy bananów. Całoroczny okres wegetatywny i stałe temperatury produkują genialne owoce i warzywa. 

Garajonay

Centralna część Gomery leży na wysokości +1000m i jest zawsze pod chmurą. Nie ma deszczów w naszym rozumieniu, jest za to stały opad konwekcyjny: cała wyspa paruje, para zbiera się w wielką chmurę skraplającą się non-stop. Temperatury w centralnej części to stałe 14-17 stopni i duża szansa na mżawkę, lekki deszcz i mocne podmuchy wiatru. Jeżeli wybierzecie ten rejon, odwdzięczy się on dużą ilością szlaków pieszych i rowerowych, przepięknymi, górskimi jeziorkami i szybszymi przejazdami w każdą stronę. Ale nad ocean już jest kawałek. 

 

San Sebastian

Północ i wschód: przede wszystkim spektakularny widok na wulkan Teide na Teneryfie. Kawał góry poprzecinanej chmurami. Jesteście na poziomie morza, więc słońce grzeje Was od rana do wieczora. Są tu miejsca MUST SEE (ale o tym dalej, w wycieczkach). Nie zagłębiając się w meteorologie i geografię – po tej stronie wyspy, zwłaszcza na brzegu PIZGA ZŁEM JAK W KIELECKIM. Znaczy, że wieje. Wiatrem wieje. Temperatury stabilne 23-26 stopni, ale przez wiatr trochę zdradzieckie: chłodzeni podmuchami nie czujecie, że właśnie spalacie się na raka. Kremie z filtrem – ratuj! 

 

Valle Gran Rey – sunrise

Południe i zachód: jest to jakoś naukowo wytłumaczone, że ciepłe powietrze z południa nie może przez góry przedostać się na północ wyspy… czy odwrotnie, że chłodniejsze nie może przeleźć na południe. W każdym razie – JEST CIEPŁO. Ale dzień wygląda trochę inaczej niż na północy. Tutaj, w Valle Gran Rey, San Sebastian czy Playa de Santiago światło włącza się nagle koło 10tej rano. I tak samo nagle gaśnie około 18tej.  

Valle Gran Rey – sunrise
Valle Gran Rey – sunrise
Valle Gran Rey – sunset

Jak już słońce wyjdzie ponad góry i zaczyna świecić – grzeje bezlitośnie. Zanurzenie się słońca w wodę trwa… 3min. To najszybsze zachody, jakie widziałem. 

 

 

Jaka jest baza turystyczna? Gdzie szukać noclegów? 

Północ: główne okolice, gdzie można szukać to: Vallehermoso, Agulo, Santa Catalina i Hermigua. Czym dalej w ląd – tym chłodniej. I ostrzegam – jeżeli wynajmiecie 3km od plaży, to nie znaczy to, że dojdziecie tam na nogach w pół godziny. Gomera tak nie działa.  

Południe: Playa de Santiago i Valle Gran Rey. Można dopisać jeszcze Arure – ale to hardcore dla niezłomnych. Nie ma widoków na wulkan Teide, ale jest za to panorama na następne wyspy – El Hierro i La Palma. Z Arure widać tylko góry. 

San Sebastian de La Gomera – stolica to oddzielny przypadek. Miasteczko ładne, dobrze skomunikowane z resztą wyspy i pobliską Teneryfą. Z miłymi knajpkami i turystycznym deptakiem. Jest jedno ALE: wszystkie jednodniowe wycieczki z Teneryfy startują na objazd wyspy właśnie z San Sebastian. I te właśnie wycieczki zalegają w knajpkach, oblegają sklepiki z pamiątkami i rozkładają się na plaży w oczekiwaniu na prom. Jeżeli wybieracie Gomerę, żeby odciąć się od głośnych wycieczek – nie wynajmujcie noclegów w stolicy. Więcej o samym San Sebastian w części ‘wycieczkowej’.  

My mieszkaliśmy w Valle Gran Rey i z pełnym przekonaniem stwierdzamy – to był najlepszy wybór. Dodatkowo okazało się, że wbrew informacjom internetowym promy na Teneryfą kursują także z tej ‘naszej’ mieściny i to właśnie z Valle Gran Rey wracaliśmy promem (bilet 44e na głowę). 

 

3) TECHNIKALIA SURVIVALOWE: waluta, ceny, jedzenie, sklepy, języki… 

warzywniak
Valle Gran Rey

Płacimy oczywiście w euro. W miastach ze znalezieniem bankomatu nie ma problemu, z płaceniem kartą również. Jeżeli utkniecie w górskiej wiosce lub gdzieś po drodze chcecie kupić vino tinto (sklepiki z winami) MIEJCIE GOTÓWKĘ. Lokalne supermarcado czy sieciowe supermarkety są wszędzie i otwarte od rana do wieczora. Jesteście na Gomerze: RANO i WIECZÓR to dość precyzyjne określenie czasu. Jeżeli chcecie owoce lub warzywa – najlepiej kupować w prowizorycznych warzywniakach przy polach. Pomarańcze, papaje, awokado, mango, papryki rosną cały rok i są PYSZNE. Nie bójcie się poczerniałych, małych bananów i pokurczonych, pomarszczonych ziemniaków (papas arrugadas = ziemniaki w łupinkach+sól+sosy) – to lokalne GENIALNE przysmaki. Kapitalne kozie sery we wszelkich odmianach. Rewelacyjne odmiany chorizo i szynek/kiełbas dojrzewających lub suszonych na słońcu. 

 

Nie bójcie się skosztować najtańszych win w kartonikach. Białe ‘Don Pedro’ w litrowym kartoniku za 0.99e RZĄDZI. Win jest duży wybór. Ale nie po to lecicie taki kawał drogi, żeby pić francuskie sauvignon, prawda? Tym bardziej, że wino w plecaku doskonale gasi pragnienie. I przyda się na plażowy wieczór (ale o tym niżej). 

Ceny… no cóż: ceny normalne, ‘krakowskie’. Jeżeli pichcicie sami: kupujcie lokalne bagietki w sklepach z pieczywem i ciastkami, unikajcie tych supermarketowych. Duża bagietka – 1,2e, do tego pomidor (duże, twarde, 1kg-1e) i koniecznie lokalna cebula (taka duża i biała – po przekrojeniu cieknie z niej sok, nie śmierdzi cebulą, jest słodka, lekko ostra i chrupiąca, 1kg – 1e). Wędliny krojone w cieniutkie plasterki są trochę droższe, ale zdecydowanie warte grzechu. Z zaopatrzeniem nie ma problemu.  

Knajpy dzielą się na dwie kategorie i łatwo je odróżnicie: w pierwszych jest pizza, spagetti bolognese, english breakfast a nawet fish&chips. Ceny turystyczne, obiad od 15e w górę + napoje. 

I te drugie, czyli wszystkie pozostałe OPRÓCZ chińczyków i indyjczyków (chińczyków i indyjczyków nawet nie biorę pod uwagę lecąc na Kanary, choć ich kuchnię lubię). Te drugie knajpki poznajemy po: uśmiechniętej obsłudze, przy czym każdy kelner grzebie w komórce i jest inaczej ubrany, po tym, że jedzący piją wino lub wodę a nie piwo, ale przede wszystkim po tym, że nikt nie głosi wszem i wobec językiem Goethego “JESTEM NA WCZASACH”. W tych drugich ceny obiadowe zaczynają się od 7e, karta jest krótka, pełna dobrodziejstw oceanu i w menu znajdziecie kozinę.  

El Puerto – cuttlefish&papas arrugadas
El Puerto – tuna&mojo rojo

My na obiady upatrzyliśmy sobie restaurację ‘El Puerto” tuż przy porcie Valle Gran Rey. Ceny w karcie od 8e do 12e za świeżutkie i pyszne owoce morza i ryby. W cenie surówka + do wyboru ziemniaki lub frytki, przy czym ziemniaki to gotowane w całości papas arrugadas, frytki to frytki ziemniaczane a nie mrożone mielonki. Do tego (wciąż w cenie) obowiązkowe czekadełko w postaci ciepłych bułeczek + dwa sosy (mojo verde i mojo rojo, zielony-łagodny, czerwony-pikantny). Pełnia szczęścia. Jestem dużym chłopem – nigdy nie byłem niedojedzony. Dwie osoby zwykle około 20e. 

El Puerto – fish of a day
El Puerto – ceny

Napiwek 10% rachunku należy się jak psu buda. 

 

Jeżeli nie znacie hiszpańskiego – nie szkodzi. Ale jeśli przyswoicie sobie kilka podstawowych zwrotów – lokalsi cieszą się jak dzieci i od razu się zaprzyjaźniają. W miastach spokojnie można się dogadać zestawem angielszczyzna+ręce . W przydrożnych wioskach i osadach “Hola/Buenos dias/buenas tardes/hasta luego/muchas gracias…” otwierają drzwi i rozwiązują języki. Ze starym rolnikiem sprzedającym banany inaczej się nie dogadacie. 

W każdym biurze informacyjnym, w każdym porcie, wszędzie, gdzie jest ruch turystyczny: hiszpański, angielski, niemiecki i rosyjski jest absolutnie komunikatywny. 

 

4) ŻYCIE CODZIENNE: co robić, jeśli akurat nie zwiedzacie  

gekon

Skoro świt, godzina 9ta, 10ta. Dzień TRZEBA zacząć od kawy. Nie ma innej opcji. Popełnicie grzech, jeśli rano w knajpce zażądacie piwa, wina bądź (nie daj Boże!) herbaty. Rano pije się KAWĘ i zjada CIASTKO. Kawa zagryzana ciastkiem w pierwszych promieniach wychodzącego z za góry Słońca i uprzejme ‘holaaaa’ z uśmiechem od każdego przechodnia, taksówkarza, sklepikarza czy panów naprawiających dziurę w chodniku. Byle nie wykonywać niepotrzebnie nagłych ruchów. Pod nogami pierwszy tego dnia gekon zaczyna nieśpiesznie wspinać się na ścianę domu – wie, że tam zaraz będzie już ciepło. Wszędobylskie koty zaczynają rozkładać się na murkach i schodach. Zaczyna się dzień. 

 

książki ‘plażowe’

Można już iść na plażę. Byle z książką. Jeżeli nie macie swojej a czytacie w innych językach – możecie po drodze trafić na pudło z książkami na wymianę, lub po prostu – do wzięcia za free.

 

W  Valle Gran Rey jedna z dróg do plaży miejskiej prowadzi przez pola bananowe. Na ziemi leży dużo bananów – jedne spadły same, inne zrzuciły ptaki. Bez skrępowania możecie się poczęstować – nie bójcie się, to nie odpadki. Chyba, że u nas boicie się jeść jabłek spod drzewa – jeśli tak, to rzeczywiście nie dla Was, ale stracicie dużo. 

Valle Gran Rey – plaża miejska

Sama plaża miejska jest długa i niezbyt szeroka, ale przyjemna i nigdy nie ma na niej tłoku w dzień. O plaży wieczorem – trochę niżej 🙂 

Playa del Ingles

W VGR są trzy plaże: miejska, plaża przy porcie i ta trzecia – Playa del Ingles. Ostatnia ma największe fale i jest najmniej bezpieczna. Właśnie z powodu fal i kamieni. O ratownikach nikt tam nie słyszał. 

 

 No dobra: popływali, posmażyli się, poczytali. Teraz albo obiad na mieście, albo w domu. Obowiązkowa dla wszystkich sjesta jest OBOWIĄZKOWA w tak męczącym dniu. Do wieczora można powłóczyć się bez celu po okolicy, iść znowu na plażę, iść znowu na kawę…albo… 

droga na plażę Argaga
plaża Argaga

…I tu nasze prywatne odkrycie: idziecie w kierunku portu, przed portem skręcacie w lewo, mijacie przyportową plażę i wąską ścieżką pod wiszącą skałą dochodzicie do małej i kamienistej plaży kolejnej. Dopiero po powrocie do Polski w mapsach odkryłem, że to coś ma nawet swoją dumną nazwę “Playade Argaga”. Miejsce – petarda. Siedzicie/leżycie sobie na nagrzanych kamieniach, co bardziej zapędliwe fale moczą Wam stopy. A Wy patrzycie w horyzont licząc przepływające jachty. Znaczy: jeeedeeen, godzine później druuuugiiiii, o! za chwile może przypłynie prom… pół godziny później – JEST…  I tak do zachodu. Odmóżdżające, ale FENOMENALNE. 

 

plaża miejska wieczorem
plaża miejska wieczorem

Wieczór w Valle Gran Rey: po pierwsze – kupujecie wino/piwo albo pięć. Jeżeli palicie – zabieracie papierosy. Hiszpanie palą wszędzie, w dużych ilościach, niezależnie od płci i wieku. Jeżeli macie ochotę – zabieracie ze sobą jakąś przegryzkę. I ruszacie na plażę miejską, tą samą, na której smażyliście się w dzień. Tylko o ile wcześniej było tu pustawo, teraz plaża tętni życiem. Wszystkie knajpki wokół plaży są pełne, na piasku i kamieniach siedzą zarówno lokalsi jak i nieliczni turyści. Na małym placyku pod kamienną kapliczką dziadki grają w szachy, młodzież i dzieci jeżdżą na deskorolkach czy rowerach. Zjawia się grupa neo-hippisów i robi nieudolny fire-show zbierając na piwo. Ktoś rozkłada torby i sprzedaje rękodzieło. Inny wyciąga gitarę i plaża zaczyna śpiewać. Nikomu nie przeszkadza nieznajomość języka. Temperatura spada do 17-18 stopni (w końcu to styczeń) ale nikt nie zwraca na to uwagi. Zanim się obejrzycie zaskoczy Was północ… 

 

WYCIECZKI: co zobaczyć, czego nie przegapić

 

Valle Gran Rey

Jeżeli ruszacie w Gomerę, koniecznie zabierzcie ze sobą ciepłe bluzy, a ze względu na wilgoć, zmiany wysokości i pogody dobrze mieć coś z membraną. Na górze wieje chłodem. UWAGA: dobre trekkingowe buty na twardej podeszwie to podstawa. Jeżeli pójdziecie na trasę w trampkach – stopy odmówią Wam posłuszeństwa po kilometrze. Szlaki są nierówne, śliskie, pełne korzeni i ostrych kamieni. Obowiązkowo zabieracie coś do picia i krem z filtrem – jeżeli akurat nie zatrzymacie się w chmurze, słońce będzie bezlitosne. 

 

  • Perła Gomery – Park Narodowy GARAJONAY (Parque nacional de Garajonay) 
Garajonay forrest

Zajmuje centralną część wyspy. Wszystkie drogi prowadzą przez park – nie sposób go przegapić, trudno ominąć. Mnóstwo ścieżek pieszych i rowerowych. Doskonale oznaczone i zmapowane. Na każdym drogowskazie określona długość trasy, jej trudność i przewidywany czas. Z prawie każdego punktu przynajmniej jedna z tras poprowadzi Was do punktu wyjścia. 

Sam park Garajonay dzieli się na dwie części: południową i północną.  

Alto de Garajonay

W części południowej konieczne jest zaliczenie najwyższego punktu wyspy: Alto de Garajonay (1487m). Rozchodzi się z niego kilka szklaków o różnej długości z zapierającymi dech panoramami wyspy. Nas spotkała mała przygoda: jeden ze szlaków obsunął się i nasza trasa wydłużyła się o kilka kilometrów. I to na ‘czuja’. Sam szczyt jest również słynnym na świecie punktem nocnej obserwacji nieba – jeżeli to Wasze klimaty – skorzystajcie. 

Samochód najlepiej zostawić na parkingu przy rondzie w lesie (Aparcamiento de Cruce de Pajaritos). Z niego można śmiało ruszać we wszystkie strony, zarówno na Alto de Garajonay (łatwo i blisko), jak i do kaplicy Nuesta Senora de Lourdes na północ (długo i mozolnie). 

Roque de Agando

Nie przegapcie w okolicy Mirador Del Morro de Agando z pocztówkowm widokiem na jeden z symboli La Gomery – Roque de Agando. Żeby się na niego dostać, trzeba zgodnie z drogowskazem wejść na leśną ścieżkę przy Mirador de Tajaque. Innej drogi nie ma. 

Laguna Grande

Drugi punkt wypadowy na Garajonay to strefa turystyczna Laguna Grande. Darmowe parkingi, knajpka, świetne ścieżki piesze, grille i place zabaw. Różnej długości szlaki turystyczne, między innymi do górskiej tamy w Chipude. Uwaga: jeżeli na tablicy jest napisane, że przejście szlaku trwa 6h i jest dla zaawansowanych – nie chojrakujcie – te opisy nie kłamią. 

Garajonay

Na Garajonay nie warto oszczędzać czasu. Spektakularne widoki lub spektakularny brak widoków w chmurze, oszalałe mchy zwisające z drzew i klimat ‘parku jurajskiego’. Przy odrobinie szczęścia kolorowe papugi w naturalnym środowisku i dzikie króliki ani trochę niebojące się ludzi. Jeżeli macie taka możliwość – przeznaczcie na ten park dwa dni.

 

 

  • VALLEHERMOSO

    Vallehermoso

To urocza mieścinka na północy wyspy. Ma swój rynek, ma kościółek, ma swoje sklepy. Przy rynku rzadkość – hamburgerownia. Małe, senne miasteczko.  

Playa Vallehermoso
Playa Vallehermoso

Plaża Vallehermoso jest w odległości 3km od rynku, lepiej tam podjechać niż iść piechotą. Sama plaża to skrawek drobnych kamyczków poprzetykanych czarnym piaskiem, z kilkoma wetkniętymi weń parasolami. Ale widok na wulkan Teide jest czarujący. Zwłaszcza z nieczynnych już i trochę zrujnowanych budynków restauracyjnych po lewej od plaży. Wyglądają jak resztki opuszczonej twierdzi pirackiej wbite między stały ląd a spienione fale oceanu.

Vallehermoso
Vallehermoso
Vallehermoso
Vallehermoso

Można poleżeć, można popływać. Wracamy do miasteczka. O ile samo Vallehermoso nie zajmie Wam wiele czasu, o tyle już kilometr wyżej, jadąc/idąc wąską i ostro pnącą się drogą traficie na zaporę podtrzymującą jezioro. Przejdźcie po tamie na drugą stronę i uliczką Calle Ambrosio wejdźcie między góry, gospodarstwa, domy i uprawy. Między tarasowymi polami i krzakami bambusu poczujecie się jak nagle teleportowani do kolonialnych Indii ze starych filmów. Zwróćcie uwagę na stalowe słupy odciągami mocno zakotwiczone w podłożu: to systemy transportowe do przeciągania urobku z pól do traktorów nad kilkudziesięciometrowymi wąwozami. 

Wiem, że mijane w dużej ilości dojrzałe owoce opuncji będą Was kusiły, żeby zerwać, żeby skosztować. Owszem – są jadalne. Owszem – smak jest dla nas egzotyczny. NIE ZRYWAJCIE GOŁYMI DŁOŃMI. Ich drobnych i kruchych igiełek długo się nie pozbędziecie. 

 

 

  • AGULO

    Agulo

Kolejna mała, miła mieścina nad oceanem. Wąskie uliczki, trochę knajpek, mała plaża, widok na Teide. Ale to wszystko już widzieliście albo zobaczycie jeszcze nie raz na Gomerze. 

Mirador de Abrante

Prawdziwym MUST SEE miasta Agulo jest Mirador de Abrante – czyli przeszklony taras zwisający 400metrów nad miastem. To jeden z punktów obowiązkowych wyspy i widok, który zostanie z Wami na lata.  

Jest kilka dróg dojazdowych: byle kierować się na: albo Mirrador de Abrante, albo na Centro de Visitantes de Juego de Bolas. My polecamy drogę przez cały park Garajonay – tuż przy parkingu Laguna Grande skręcacie na północ w Ctra.Laguna Grande. Do samego punktu widokowego można dojechać samochodem, ale przyjemniej zostawić auto pod centrum turystycznym i przespacerować się po czerwonej ziemi własnymi nogami.

A propos MUST SEE: zanim się wybierzecie na któryś ze słynnych gomerskich wodospadów – upewnijcie się, że istnieją. Większość wodospadów jest okresowa, bo Gomera, jak każda wyspa kanaryjska boryka się z problemami braków wody. 

 

  • HERMIGUA 
Hermigua

Hermigua i okolice to duża baza noclegowa. Ze wszystkimi zaletami i wadami północnej części wyspy, opisanymi wcześniej. Jako miasteczko – kolejne takie samo: tak samo urocze, tak samo senne, tak samo relaksujące. Ciągnie się przez 4km od swojej plaży z widowiskowymi betonowymi falochronami. Kamienista plaża oddzielona jest od części miejskiej polami uprawnymi. Te betonowe słupy i duży, betonowy basen wbity w urwisko to kolejne MUST SEE na Gomerze. Choćby przejazdem. 

 

  • SAN SEBASTIAN 
San Sebastian

Stolica wyspy. I jak na stolicę wypada – największe i najbardziej komercyjne miasto na Gomerze. Centrum komunikacyjne lądowe i wodne. Przy czym na wyspie, która w całości ma 21 tysięcy mieszkańców nie spodziewajcie się po San Sebastian głośnego urbanizmu. 

W porcie warto sprawdzić rozkład promów – może się okazać, że to co znaleźliście w internecie, zostało zaktualizowane na najbliższy miesiąc… przez przyklejenie karteczki na kasie. Jeżeli zobaczycie wspaniałą cenę 2,5e za rejs na Teneryfę lub do Valle Gran Rey – nie podniecajcie się okazją: cena dotyczy tylko rezydentów wyspy. Warto też z punktu ifnormacji turystycznej lub dworca autobusowego pobrać sobie aktualny rozkład autobusowy. 

Torre del Conde
San Sebastian

Symbolem miasta jest wieża Torre del Conde i warto się zapoznać z jej krwawą historią. Tuż obok parku z wieżą, przyklejony do domu Kolumba leży Plac Konstytucji. Naturalnej wielkości rzeźba Kolumba to stały punkt fotograficzny. Dom Kolumba to początek Calle Real – urokliwego deptaka prowadzącego do zabytkowego kościoła Iglesia De La Asuncion i muzeum archeologicznego. Co kawałek sklepy i sklepiki z pamiątkami – oczywiście droższymi niż innych miastach wyspy. 

 

  • Valle Gran Rey

    Valle Gran Rey

To miasteczko poznaliśmy najlepiej, wydeptaliśmy je wzdłuż i wszerz. Składa się z trzech części: 

La Callera – pnące się ostro pod górę wąskie uliczki, często jednokierunkowe. Jeżeli jadąc samochodem pomylicie się i wjedziecie pod prąd – z zawróceniem może być duży kłopot. Duży problem z parkowaniem. Kilka małych, ożywających o zachodzie knajpek z tarasami w kierunku oceanu. O ilości turystów niech świadczy to, że pierwszego wieczoru sklepikarze witali nas uśmiechniętym “Hola”, bo zauważali nowe twarze w swojej okolicy.  

La Puntilla – centralna część miasteczka, miejska plaża, deptak brzegiem oceanu, knajpki, bananowe pola, dworzec guaguas, sklep ekologiczny prowadzony przez mieszkającą tam miłą Niemkę. W ogrodzie tego sklepu można trafić na wieczorny koncert bluesowy – spontaniczny i za free. 

Vueltas – najbardziej komercyjna część VGR, osiedle turystycznych szeregowców, większe restauracje, port, plaża portowa, główna ulica miasta ze sklepami i knajpkami czynnymi do późna. 

 

W Valle Gran Rey startuje świetny szlak pieszy do miejscowości Arure.  Pamiętajcie o dobrych butach! Zaczynacie przy drogowskazie w La Callera, wchodzicie między domy i ostrym, kamienistym podejściem zdobywacie górę.  Widok z płaskowyżu na szczycie zapiera dech w piersiach. Dalej, po grani idziecie do miradora Ermita Del Santo (CZAD!) i schodzicie do  Arure.  Tu możecie w prywatnym sklepiku przy drodze, z dumnie namalowanym pędzlem szyldem VINO TINTO, zakupić lokalne wina, miody palmowe, sosy rojo i verde i słodycze. Obok urokliwy, mały kościółek. Jeżeli nie chcecie wracać piechotą – wsiadacie w autobus do VGR. A w Valle Gran Rey szybko odkryjecie, że za wszystkie lokalne specjały zakupione w Arure przepłaciliście po 3-4e 🙂 

 

 

  • LA DAMA 
La Dama

Znudziły Wam się miasta i obrzydli Wam ludzie?  Szukajcie drogowskazów na El Cercado lub Temocoda i dalej na La Dama.  Poprzecinane wąskimi uliczkami, ogromne plantacje bananowe kończą się nagle urwiskiem na oceanem. Odbijające się od wody słońce oślepia i odrealnia całe to miejsce. 

 

La Gomera – czy warto? 

Satysfakcja z pobytu na Gomerze zależy w dużej mierze od oczekiwań: jeżeli przybędziecie tu, by leżeć na złotym piasku, korzystać z all inclisive wypasionych hoteli z basenami, pragniecie wyskoczyć wieczorem do dyskoteki, chcecie zaliczyć muzeum podboju kosmosu i galerie sztuki nowoczesnej… TO ZDECYDOWANIE nie ta wyspa, nie ten klimat.

Jeśli zaś pragniecie odpocząć od tłumu turystów, chcecie chłonąć niesamowite widoki, zrelaksować się patrząc w dal, chociaż przez chwilę poczuć się częścią innej galaktyki, w której nie obowiązuje czas a rządzi przestrzeń – to jest właśnie TO. 

Zdarzyło nam się na którymś miradorze posiedzieć z dwoma rolnikami: dwóch starszych panów, w drelichach prosto z pola, przyjechało rozklekotanym traktorkiem – usiedli na skraju przepaści, wyciągnęli ‘ćwiartkę’ i majtając nogami w powietrzu, bez słowa patrzyli w odległy ocean. Siedzieli, milczeli, pociągali po łyku i patrzyli. Bo tak właśnie należy przeżyć Gomerę. 

 

Turysta, który trafia na tę wyspę musi to zrobić świadomie – dlatego jest ich naprawdę niewielu. Oszalałe, jednodniowe wycieczki fakultatywne z hoteli na Teneryfie są mini inwazjami, które na szczęście da się ominąć – zwykle zatrzymują się w kilku punktach wyspy (Mirador de Abrante w Agulo, restauracja w Las Rosas z pokazem języka gwizdanego Silbo, Laguna Grande, dom Kolumba w San Sebastian). Co ciekawe – zwyczaj pozdrawiania się na szlakach, który u nas w zadeptanych Beskidach czy Tatrach odchodzi jako relikt przeszłości – na Gomerze ma się świetnie. Na Gomerę z małymi dziećmi – niekoniecznie: fale bywają duże i groźne, piasek do budowy zamków średnio się nadaje, szlaki piesze bywają wymagające, szlaki rowerowe to hardcore. 

 

Gomera to stan hibernacji. Tu wszystko zwalnia. Tu nie idziecie na szczyt, by go zaliczyć i zejść – szczyt to miejsce, z którego widać więcej i lepiej, gdzie można napić się wody, żeby iść dalej.   

Powrót z Gomery do świata wielkiej turystyki boli. 

My, najpełniej urok Gomery doceniliśmy w drodze powrotnej, po zejściu z promu na Teneryfie. Te dzikie tłumy ludzi, te głośne knajpy z ‘engish breakfast’, z ‘continental food’, z barami sushi i ‘original italian pizza’… 

…a Kraków ŚMIERDZI. 

4 myśli na temat “01) LA GOMERA – Raj dla nieśpiesznych”

  1. Cześć, wybieram się w końcem maja na Gomerę i zastanawiam się która miejscowość będzie lepsza na bazę wypadową: Valle Gran Rey czy Playa de Santiago. Pozdrawiam i z góry dziękuję za radę;)

    1. Cześć. Playa de Satniago jest znacznie bliżej stolicy, ale latają nad głową samoloty. I to dosłownie – tuż nad głową. Jako baza wypadowa, jako miejsce do wypoczynku – według mnie lepsza VGR. Widok na El Hierro i La Palmę z góry nad miasteczkiem rządzi 🙂 Niezależnie które miasto wybierzesz – mieszkaj na południu wyspy. Pytaj na msg, mailem, formularzem – odpowiemy na wszystkie (w miarę możliwości) pytania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.