12) FUERTEVENTURA – smażalnia All Inclusive

 

 

PRZED WYJAZDEM

miały być wakacje na wypasie, wygoda, ciepełko, woda i dobre jedzenie. Z biura podróży, z atrakcjami fakultatywnymi, na bogato, na leniwie  Luz, blues, lenistwo.

 

 

 

PO POWROCIE

było upalnie, relaksacyjnie, niedrogo, bardzo leniwie. I z niewielką liczbą turystycznych atrakcji. To na tym wyjeździe po raz pierwszy skorzystaliśmy z hotelowych wycieczek fakultatywnych. To także podczas tych wczasów z objazdowych wycieczek organizowanych przez hotel/biuro korzystaliśmy po raz ostatni.  

 

Czy Fuerteventura jest warta popełnienia grzechu lenistwa?Warta jest wydania pieniędzy na zorganizowane przez biuro podróży wczasy? Czy wyspa jako taka oferuje coś poza słynnymi plażami i nie mniej słynnym Oasis Parkiem?  

Na wszystkie powyższe pytania Fuerteventura odpowiada: I TAK, I NIE. 

 

        To jedyna wyspa Kanarów, na której zadowolenie turysty zależy tylko i wyłącznie od oczekiwań wczasowicza. Jeżeli przylatując na Fuertę będziecie oczekiwać poznania nieznanego, dreszczyku emocji podczas górskich wędrówek, niesamowitych tras rowerowych lub egzotycznej kuchni – zawiedziecie się srogo. Ale jeżeli w kręgu Waszych zainteresowań znajdzie się plażowanie, wieczory w turystycznych kurortach, pływanie w ciepłej i krystalicznie czystej wodzie, zrobienie bajecznie wakacyjnych zdjęć do wrzucenia na fejsa ku zazdrości znajomych, czy po prostu totalnie plażowy reset z siurowatym piwem w jednej ręce i rozpływającym się owocem mango w drugiej lub czterocentymetrowej grubości stek z tuńczyka – Fuerteventura jest miejscem wprost wymarzonym. 

I dodatkowa uwaga: ze względu na jej łatwość, turysto-przyjazność, bezpieczeństwo, rewelacyjne plaże i płytkie wody przybrzeżne pełne morskich żyjątek – Fuerte jest genialna dla wczasów z dziećmi. Śmiem twierdzić, że jeżeli będziecie korzystać z wyspy poza terenem resoru hotelowego – Fuerteventura dla dzieci jest dużo atrakcyjniejsza od Teneryfy czy Gran Canarii. Ba, nawet Lanzarote jest od Fuerte bardziej wymagająca. 

 

Tym razem, w opozycji do naszych opisów innych wysp archipelagu, Fuerteventurę przedstawimy ciekawymi miejscami, a nie przebytymi trasami. Miejscami, które nas urzekły lub rozczarowały. Miasteczkami, które warto odwiedzić. Plażami, na których warto być.  Dlaczego? Otóż wyspa jest prosta w zwiedzaniu, lekko pagórkowata, dojazd jest zawsze nieskomplikowany w dowolne miejsce. I cała bardzo, BARDZO turystyczna. 

 

Na początek, jak mawiają wikingowie “first things first”: płacicie w euro, wypożyczalnie samochodów dostępne są w każdym większym mieściechoć nieco drożej samochód można wynająć oczywiście już w hotelu. Knajpek, restauracji, pubów, targów jest mnóstwo, komunikacja autobusowa na całej wyspie działa bez zarzutu. Jeżeli decydujecie się na autobus – wsiadacie przez przednie drzwi i bilet kupujecie u kierowcy. Bilety na rejsy rekreacyjne kupujecie w porcie na przystani, bilety do Oasis Park możecie nabyć w dowolnym punkcie obsługi turystycznej. Bankomaty są wszędzie. Napiwki to tradycyjne 10% rachunku. Język hiszpański mile widziany, język angielski, niemiecki, rosyjski komunikatywny wszędzie. JAK W KAŻDYM INNYM TURYSTYCZNYM RAJU RESORTOWYM. No i język polski często również usłyszycie. Fuerte to w końcu bardzo popularny dla Polaków kierunek. 

Zanim się wybierzecie, zanim kupicie wczasy, zanim się przerazicie: karaluchy i chrząszcze są na kanarach wszechobecne. Tak jak u nas komary i rybiki. Nie należy się nimi przejmować. Karaluch w hotelu wcale nie świadczy o jego niskiej klasie. Bo i komar w polskim hotelu raczej nie skłoni Was do awanturowania się, prawda? 

Byliśmy świadkami takiej sytuacji: około północy siedzimy przed naszym hotelowym apartamentem, pijemy wino, patrzymy w gigantyczny księżyc, słuchamy cykad. Kilka metrów od nas angielscy sąsiedzi robią dokładnie to samo. Nagle młoda Angielka z piskiem wskakuje na krzesło i głośno krzyczy “KILL THE BEAST, KILL THAT FUCKIN BEAST !!!”. A pod jej stolikiem przechodzi spokojnie lokalny mieszkaniec w postaci trzycentymetrowego karalucha. Od polowania na robale na wyspach kanaryjskich są KOTY, nie ludzie. Koty są tak samo wszechobecne jak karaczany. Tyle w temacie. 

 

Zaczynamy zwiedzanie wyspy. 

Fuerteventura zasadniczo dzieli się na dwie części. Północna część to  Corralejo, Puerto de Rosario, aż po Antigue i Betancuria. Południowa – Jandia z jej parkiem krajobrazowym (Parque Natural Jandia), Costa Calma i La Lajita z wymienionym wcześniej Oasis Park. 

 

 

Jeżeli zamierzacie tracić cenny czas plażingowy na zwiedzanie i wycieczki – wybierzcie północ wyspy. Jeżeli plażingsmażing i parawaning przerywany wycieczką do Oasis Park jest tym, po co tu przylatujecie – wybierzcie południe. 

 

 


 

CORRALEJO:

północna część wyspy, z małym portem, deptakiem, setkami knajpek. Tak naprawdę to niegdyś niewielka osada rybacka przekształcona w okresie boomu turystycznego w największy ośrodek wypoczynkowy na całej wyspie. Atrakcją na pewno są złote plaże łączące się z rozległymi wydmami.  Z portu dostaniecie się na pobliską wysepkę Isla de Lobos oraz na trochę dalszą Lanzarote. Centrum miasta to zbitek sklepów i knajpek wokół bardzo fajnego ratusza. Na sam ratusz warto wejść dla rozciągającego się z niego widoku. 

Główną atrakcją miasta jest leżąca trochę na południowy wschód ogromna plaża. Jest na tyle duża, że nawet w szczycie turystycznym nie jest zatłoczona. Płytka woda, mało skał i kamieni, niewielkie fale. Dobre, bezpieczne miejsce. 

 

Dwie uwagi 

Pierwsza – pisałem już o tym przy Gran Canarii, ale wolę powtórzyć. Na pewno spotkacie na plaży naturystów. Nie bądźcie zszokowani ani oburzeni. Tutaj to nic zdrożnego. 

Druga – jeżeli macie wypasiony aparat fotograficzny z zaawansowanym obiektywem, to trzymajcie go w szczelnej foliowej reklamówce albo zabezpieczcie w inny sposób. Piasek w Corralejo nie przypomina piasku bałtyckiego. Ten tutaj jest trochę grubszy od mąki i bardzo ostry. I lekki. Unosi się z każdym podmuchem wiatru i wciska wszędzie. W każdy zakamarek, w każdy zamek, także w każdy nieosłonięty element Waszego aparatu. I działa jak papier ścierny. Czujcie się ostrzeżeni. 

Ale plaża Corralejo w dzień, to jedno. Plaża i wydmy wieczorem, o zachodzie słońca, w zapadającym mroku – to jest dopiero widok, to jest dopiero spacer. Porównywalna może być tylko z Dunas de Maspalomas (patrz: nasz opis Gran Canarii). Z tym, że wieczorem na wydmach Corralejo jest dużo przyjemniej, bardziej intymnie. 

 

Trzecia uwaga (bonusowa): gdziekolwiek idziecie, bierzcie ze sobą wodę. Spacer – woda, na plażę – woda, do samochodu – woda. Picie wody czy zmoczenie czapki ratuje zdrowie i samopoczucie. 

 

 

Samo miasto Corralejo jest bardzo zwarte i sympatyczne. Jest wiele miejsc, gdzie można usiąść na piwo czy sok, jest gdzie zrobić zakupy. Ale nawet nie próbujcie szukać lokalnego jedzenia. Nawet jeśli będzie się Wam wydawało, że znaleźliście knajpkę dla lokalesów – będzie ona turystycznym wabikiem. Oczywiście, czym bliżej plaży, tym więcej kramów ze wszystkim, co może się przydać podczas zabawy nad wodą, w wodzie i pod wodą.  A jest jeszcze aquapark gdyby komuś wody oceanu było mało. 

Nad Corralejo góruje stożek wulkanu. I to jedyne miejsce, do którego można zrobić sobie pieszą wycieczkę. Podejście nie jest wymagające, choć w palącym słońcu może być męczące. I wcale nie jest tak blisko, jak może się z hotelowego okna wydawać, dwie-trzy godziny trzeba liczyć. Widok z wierzchołka przedstawia dokładnie, jak wygląda cała Fuerteventura: buro, brązowo-szaro, bezdrzewnie z nielicznymi wzniesieniami. 

 

A propos ‘szaro-buro’: z samolotu, z lotniska do hotelu musieliśmy jechać taksówką. Przez pierwsze pięć minut było nawet przyjemnie. Potem zaczął padać deszcz. Niebo z błękitnego zmieniło się na szaro-granatowe. Po kilku pierwszych, nieśmiałych kroplach – lunęło wiadrami wody. Jedziemy taryfą i w mojej przyklejonej do szyby głowie rodzi się myśl: jak tu brzydko… masakra… okropnie… buro-brązowe pagórki spływające błotem…zero zieleni… jak wytrzymać dwa tygodnie? 

Na szczęście tak samo nagle jak się ulewa zaczęła, tak samo gwałtownie się skończyła. Do końca pobytu nie zobaczyliśmy już ani kropli z nieba. 

Za to już na drugi dzień zapoznaliśmy się dosadnie ze zjawiskiem nazywanym KALIMA. Najpierw wrażenia organoleptyczne: budzimy się rano i idziemy na śniadanie. Już w drodze na hotelową jadalnię czujemy, że coś jest nie tak. Znaczy zaczynamy ociekać potem. A potem potu utoczymy jeszcze więcej. Z każdym krokiem i z każdą minutą poranna temperatura rośnie. Dzień wcześniej przylecieliśmy z Polski, więc wczorajsze, wieczorne 30stopni było już upałem. Tymczasem teraz, już o 9tej rano oszalały termometr pokazuje 35stopni. Do południa temperatura rośnie do ponad 40tu. Filtry w kremach wysiadają, pierwszego dnia jesteśmy spaleni na raka. 

KALIMA: opiszę to zjawisko, bo i Wy możecie na nie trafić. A polega na tym, że znad Afryki (tak, jesteście zaledwie 100km od jej brzegów) wiatr przenosi saharyjski piasek wraz z gorącym, pustynnym powietrzem. Temperatura na Fuerteventurze wzrasta wtedy gwałtownie nawet o kilkanaście stopni, i to na dwa-trzy dni. Nam akurat (na szczęście) nie zawiewało za bardzo piaskiem, ale upał i słońce dla dwojga białych ciał, nieskażonych jeszcze w tym sezonie opalaniem, był naprawdę okrutny. 

———————————————————————————–

ISLA DE LOBOS:

Z portu Corralejo można urządzić sobie rejs.  Na pewno warto wybrać się na pobliską, niewielką wysepkę Isla de Lobos. Lobos to właściwie kawałek stożka wulkanicznego wystającego z wody. Rejsów do wyboru jest dużo, ceny można negocjować. Oczywiście bilety można też kupić w każdym hotelu, ale taniej i zabawniej kupować w porcie. My polecamy zdecydowanie atrakcję turystyczną o nazwie Glass Bottom Boat. A to dlatego, że woda między wyspami jest płytka. Przejrzysta i pełna przeróżnych, kolorowych ryb. A jeżeli będziecie mieć szczęście – zobaczycie żółwia lub płaszczkę. Nam się to udało. Glass Bottom Boat to łajba z przeźroczystym dnem, typowa atrakcja kanaryjska, wspominałem ją również w naszym opisie Gran Canarii. 

Na Lobos jest tylko jedna osada z kilkoma domkami i nieczynne już zabudowania latarni morskiej. Bardzo ładna, niewielka plaża z widokiem na Corralejo i dla chętnych trasa na szczyt wulkanu. Choć samego krateru nie zostało za wiele, to z jego korony rozciąga się imponujący widok. Widok w każdą stronę na maleńką Lobos, piękna panorama na Fuerteventurę, Corralejo z jego plażami, a przy dobrej pogodzie na majaczącą w oddali Lanzarote. Warto się wspiąć. Po zejściu z krateru jeszcze szybka kąpiel na sympatycznej (czy na Kanarach są inne?) plaży i ze zbitego z desek pomostu powrót do portu. Rejs trwa około 15minut. 

Po powrocie do Corralejo wracamy do stałego programu wczasowego: plażowanie, jedzenie, plażowanie, jedzenie, plażowanie, spanie. 

 

———————————————————————————–

PUERTO DEL ROSARIO:

stolica Fuerteventura. Metropolia. Znaczy, metropolia na warunki tej akurat wyspy, bo miasteczko liczy około 30tyś mieszkańców i spacerem można je zaliczyć w dwie godziny we wszystkich kierunkach. Z atrakcji? Dla pragnących takich akurat rozrywek – duży tor gokartowy. I to w zasadzie tyle. Oczywiście, jest plaża, oczywiście jest jakieś muzeum. Są sklepy, jest nawet spore centrum handlowe. No i jest lotnisko, więc jeżeli będziecie mieli czas zobaczyć miasto po przylocie lub przed odlotem – skorzystajcie, bo poświęcanie mu większej ilości czasu chyba nie ma sensu. 

 ———————————————————————————–

LA OLIVA:

kolejne niewielkie miasteczko w kanaryjskim stylu: trochę kolorowe, trochę zapuszczone. W centralnej części króluje kościół z XVIw, z czasów, kiedy La Oliva była metropolią. Dużo ciekawszy jest położony kawałek od centrum, rozłożysty budynek Casa de Los Coroneles (Dom Pułkowników). Pochodzi w XVIIw, zbudowany jako siedziba gubernatora wyspy. I rzeczywiście jest ciekawy. A został postawiony przez rodzinę Cabrera Bethencourt, która niepodzielnie rządziła wyspą przez wieki. Zresztą miała i swoje miasto, czyli jedziemy do Betancurii. 

 ———————————————————————————–

BETANCURIA:

o ile w La Oliva nie spędzicie wiele czasu, o tyle miejscowości Betancuria już tak szybko nie opuścicie. Jest naprawdę ładna i malownicza. Populacja miasta (uwaga!) około 900 osób.  

Do zobaczenia najstarszy na wyspie kościółek i stare kamienice w centrum. Bardzo przyjemnie spaceruje się głębokimi uliczkami zacienionymi przez drzewa i schowanymi pod zwisającymi kwiatami. Trochę jak w bajce. 

Świetne jest Muzeum Etnograficzne z darmowym wstępem. Bardzo przyjemne oglądanie eksponatów na świeżym powietrzu. Można też spróbować lokalnych przysmaków – są one wystawione w słoikach i miskach na wielkim stole. Skosztujcie dżemu z opuncji – dziwny, ale warto. Dodatkowo muzeum ma salkę kinową z pokazem filmu 3D o historii Fuerte. Jeżeli kino jest zamknięte, wystarczy zapukać do drzwi w domu przy muzeum i przemiła pani wyjdzie uruchomić kino. 

Nie omijajcie przydrożnego sklepu z manufakturą aloesu. Na miejscu możecie kupić, ale także przetestować produkty i uzyskać porady. Aloes to naturalny skarb Fuerteventury i jest na niej pozyskiwany od wieków w ten sam sposób, bez chemii i bez rozcieńczalników. Warto. 

 

 

Wyjeżdżając z Betancurii zatrzymajcie się na Mirador de Las Penitas by rzucić okiem na górę nazywaną ‘piersią Sophie Loren’ i na kolejnym – Mirador de Guise y Ayose, z dwoma posągami gauczów. I miejcie przy sobie jakieś jedzenie. Jakieś herbatniki, jabłko, suchy chleb. Usiądźcie na chwilę spokojnie i rozsypcie okruchy. Spod kamieni natychmiast przybiegną burunduki – lokalne wiewiórki. Burunduki nie boją się ludzi, chętnie podchodzą, wskakują na kolana i można je karmić z ręki. Jeżeli podróżujecie z dziećmi – ta atrakcja będzie najlepszą ze wszystkich. 


 

ANTIGUA: 

jeżeli oglądaliście przed wyjazdem zdjęcia i foldery reklamujące Fuertę, na pewno widzieliście na nich białe, samotne wiatraki. To właśnie tutaj, w Antigua jest ich zagłębie. Jeżeli fotka z kanaryjskim wiatrakiem – to w Antigua. Poza wiatrakami… no cóż… miasteczko, jakich wiele na całych Kanarach. 

 

———————————————————————————–

AJUY:

to akurat warto zobaczyć. Senna wioska rybacka, kilka knajpek, czarna plaża. Wzdłuż plaży deptak prowadzi do zespołu jaskiń. OGROMNYCH jaskiń wychodzących wprost na wodę. Kiedyś (i to nie legenda dla turystów) służyły podczas odpływów jako kryjówki dla piracki statków i market przemytniczy.  

 

 

Zielonkawo-niebieska woda, czarne plaże i wystające na kilkadziesiąt metrów skały z wyżłobionymi w nich grotami. Rewelacja. Chcąc to zobaczyć pamiętajcie tylko o dobrych butach. O ile na początku wycieczki klapki się sprawdzą, to później na ostrych kamieniach wąskich ścieżek i wyślizganych stopni może już być ciężko i niebezpiecznie. Ale warto! 

 

———————————————————————————–

JANDIA:

czyli półwysep wyspy. W odróżnieniu od pozostałej części Fuerte jest ZIELONO. Wreszcie jest trwa i drzewa. Plaże i kumulacja resortów hotelowych. Czyli w skrócie – to samo, co na północy w Corralejo, ale na zielono i na bogato. I nie tak upalnie jak na północnych pustkowiach. Bardzo turystycznie ze wszystkimi przywarami miejsc bardzo turystycznych. Są dobre punkty widokowe (Mirador Morro Colorado – super!), park naturalny Parque Natural Jandia, wydmy i jeszcze więcej naturystów. Ale tuż przed półwyspem Jandia jest… 

 

OASIS PARK: 

tuż przed wjazdem na półwysep, w miejscowości La Lajita mieści się ta największa atrakcja Fuerteventury. Bilety dla dorosłych kosztują około 25euro, dla dzieci około 16euro. Można je kupić w wielu punktach na całej wyspie lub zarezerwować przez internet. Jeżeli nie macie samochodu, dojazd autobusami też jest zorganizowany z każdego zakątka wyspy. I napiszę Wam jednym zdaniem: niezależnie od wieku będziecie się bawić świetnie. 

 

Pokazy fok, papugi, żółwie, węże, wielbłądy, małpy, krokodyle. Ponad 250 gatunków zwierząt utrzymywanych w warunkach zbliżonych do naturalnych. Do tego gigantyczny ogród botaniczny. I wiele ze zwierząt można dotknąć lub obejrzeć z bliska. A pogłaskanie trzymetrowego dusiciela czy małego słonika zrobi wrażenie na każdym. Żyrafy nie pogłaszczecie, bo wyobraźcie sobie, słodka, łaciata żyrafa jest zwierzęciem nad wyraz niebezpiecznym i agresywnym. Informują o tym liczne tablice ostrzegawcze. Do tego lemury – czad! 

 

Żebyście nie myśleli, że jak weźmiecie kanapkę to nakarmicie nią lwa morskiego: karmówkę kupujecie przy kasie Z PRZEZNACZENIEM DLA KONKRETNEGO GATUNKU. Park jest naprawdę dobrze przemyślany. Spędzicie tu na bank cały dzień. 

 

 

———————————————————————————–

LANZAROTEwyspa ognia i wody. 

(Była to nasza pierwsza i ostatnia wycieczka fakultatywna. Zdecydowaliśmy się na nią, bo po podliczeniu kosztów wychodziło taniej niż rejs na Lanzarote objazdówka po niej organizowana na własną rękę. W tym opisie wyspy Lanzarote skupimy się na tym, co zobaczycie właśnie podczas takiego, narzuconego odgórnie wyjazdu. O dokładny opis wyspy Lanzarote pokusimy się w jednym z następnych wpisów.) 

 

Na odległą o 15km wyspę wyruszycie wygodnym statkiem rejsowym z portu Corralejo.  Rejs trwa około 45 minut. Od razu w porcie przesiadacie się do klimatyzowanego autokaru i w towarzystwie anegdot robiącego za wodzireja przewodnika zaczynacie ‘zwiedzanie’ wyspy. Jeżeli macie taką możliwość – zajmijcie miejsce przy oknie, wyjaśnię podczas opisu parku Timanfaya. 

 

Chociaż kolejność atrakcji zależy od organizatora, na pewno zaliczycie cztery punkty wyspy: 

 

Park Narodowy TIMANFAYA:

krótka podróż na inną planetę. Bajeczne kolory wulkanicznej ziemi, niesamowite krajobrazy. W centrum turystycznym parku zobaczycie pokaz ‘gejzera’. Pracownik parku wleje wiadro wody do dziury w ziemi i kilka sekund później zagotowana woda eksploduje w górę na wiele metrów. Do tego pokaz naturalnego pieca, na którym można zgrillować jedzenie ciepłem wprost z głębi ziemi czy pokaz zapalania trawy gorącym powietrzem ze szczeliny w gruncie. Pokazy robią wrażenie. 

Następnie wsiadacie do autobusu i wąską asfaltową drogą przejeżdżacie przez park. Jedziecie ustaloną trasą. Z powodu ścisłej ochrony miejsca OGLĄDACIE PARK TYLKO PRZEZ OKNA autokaru. Nie ma szans na spacer. Dlatego wspominałem o dobrych miejscach przy szybie. 

 

 

 

BODEGA:

Winnica, gospodarstwo rolne. Na pewno zwiedzicie jedną z nich. Którą? A to już zależy od operatora wycieczki. Poznacie sposób hodowli winorośli oraz będziecie mogli kupić butelkę (lub więcej) lokalnego wina. Zanim kupicie warto skorzystać z możliwości degustacji. Wino jest specyficzne. Ze względu na warunki uprawy jest bardzo wytrawne, o silnym zapachu i wyrazistym smaku. I do najtańszych nie należy. 

 

Ledwo się rozsmakujecie w winach, ledwo zdążycie pstryknąć kilka fotek, a już przewodnik stada woła “Jedziemy dalej, czas goni, proszę do busa”. 

 

 

 

El LAGO VERDE:

kolejny stały przystanek. Z parkingu przeciskacie się wąską ścieżką, ocierając się o wycieczkę wracającą z ‘atrakcji’. Po krótkim spacerze zatrzymujecie się na punkcie widokowym i szukacie miejsca na zrobienie zdjęcia bez dziesiątek głów Wam podobnych turystów. Stoicie na wzniesieniu otoczeni czerwonymi, poszarpanymi wiatrem skałami. W dole wąska, czarna plaża oddziela głębokoniebieskie fale oceanu od zgniło-zielonego jeziora u stóp urwiska. Pocztówkowy widok, jeden z symboli wyspy. Warto. 

 

 

JAMEOS DEL AQUA:

podczas przejazdu przez wyspę na pewno zwrócicie uwagę na dziwne, przestrzenne konstrukcje. Są to abstrakcyjne, ruchome rzeźby zwane ‘wiatrakami’, zaprojektowane i wykonane przez lokalnego guru Cesara Manrique. A teraz macie okazję zobaczyć jego lanzarotańskie opus magnum, jego dom, aktualnie przekształcony na atrakcję turystyczną.  

 

Jameos Del Aqua to system trzech połączonych ze sobą jaskiń wulkanicznych. Absolutnie fascynujące miejsce. W jednej z jaskiń, zalanej podziemnym jeziorkiem żyje endemiczny gatunek małego, biało-przeźroczystego kraba. Wpadające przez otwór w sklepieniu światło czyni to całe miejsce prawdziwie magicznym.  

 

A jest jeszcze grota przerobiona na salę koncertową, jest lazurowa woda w białym basenie ze zwisającą nad nim palmą. Jest i muzeum do zwiedzenia. Całe to kolorowe, odrealnione miejsce powoduje chęć posiedzenia i popatrzenia. 

Niestety, znowu słyszymy “Proszę wycieczki, zapraszam do autokaru”. 

 

 

Na szybko zaliczyliśmy jeszcze jakiś obiad (oczywiście walcząc o miejsca z innymi wycieczkami), w biegu obejrzeliśmy wybrzeże, na którym lawa ściekała do wody (stragany z pamiątkowymi kawałkami lawy – “only for ju men speszial prajz!”). 

 

 

Intensywny dzień. Dwojący się i trojący przewodnik. Szybkieza szybkie tempo zwiedzania. Pobieżnie i mało klimatycznie. Jeżeli potrzebujecie ładnych fotek na fejsa – można odbębnić taką wycieczkę. Jeżeli chcielibyście poznać fascynujący świat Lanzarote – na takim jednodniowym wyjeździe jesteście zupełnie bez szans. 

 


Co oferuje Fuerteventura? 

Na pewno oferuje upalne wczasy na pięknych plażach.  Możecie być pewni pełnego relaksu z doskonałym zapleczem turystycznym. Da Wam krystalicznie czystą i ciepłą wodę. Ofiaruje Wam niewielkie fale i świetne kąpieliska. Pozwoli Wam zjeść dobre owoce morza, wypić smaczne wino, zakosztować doskonałych owoców. Obieca Wam brak jakichkolwiek komplikacji urlopowych. 

 

Nie zaoferuje Wam za to widoków i szlaków pieszych Gran Canarii. Na pewno nie pozwoli na zdobywanie szczytu, jak na Teneryfie. Nie pozwoli poczuć dzikości zielonego spokoju La Gomery. 

 

 

Bo komfort wypoczynku na Fuerteventurze zależy tylko od Waszych oczekiwań.  

 

Zapraszamy do uwag i dyskusji 

dwojezplecakiem@gmail.com 

 

 

 

2 myśli na temat “12) FUERTEVENTURA – smażalnia All Inclusive”

  1. Niby długa ta relacja i sporo miejsc opisanych, ale wciąż za mało i zbyt powierzchownie, zebyscie mogli prezentować wnioski deprecjonujące wyspę jako fajne miejsce dla turystyki aktywnej. Są tu trasy rowerowe i firmy robiące wycieczki na dwóch kółkach – w przeciwieństwie do Gran Canarii i Teneryfy rowerzyści nie zmagają się tu z dużymi różnicami wysokości, wyspa jest bardziej płaska wiec dla amatora lepsza do jeżdżenia, niż dwie wcześniej wymienione. Jest troche tras trekkingowych, np. prowadzących przez wąwozy do maleńkich zatoczek. Nie jest to Masca, ale sa turyści zaliczający tego rodzaju atrakcje. No i to, co uderza najbardziej – nie odwiedziliście najważniejszej atrakcji wyspy, czyli Cofete, bez której zwiedzenia Fuerty nie można nazwać kompletnym. Generalnie fajny artykul, ale po tego rodzaju wizycie z podobnym programem nie formulowalabym wniosków, znajac wysle z perspektywy hotelu na allu i kilku podstawowych atrakcji „must see”.

    1. Ale ani w jednym zdaniu nie napisałem, że Fuerte jest zła i niewarta uwagi. Za to opisałem ją właśnie z poziomu najpopularniejszej formy wczasów, jaki oferują biura podróży. Co do Cofete – bylismy. I wcale nie uważam, że to najważniejsza atrakcja wyspy. Przynajmniej nas nie urzekła. Co do turystyki ‘aktywnej’: no sorrki, ale latanie na kite czy jazda rowerem po płaskim i w upale to nie jest coś, co polecamy, zwłaszcza przy wczasach z dziećmi. Zresztą takie atrakcje nie są niczym wyróżniającym Fuerteventurę na tle pozostałych wysp archipelagu. I masz rację: są FIRMY organizujące wszelkie rodzaje wycieczek i wszelkie rodzaje aktywności. Bo (tak jak napisałem) to bardzo, BARDZO turystyczna wyspa.
      Dziekujemy za interakcję i pozdrawiamy
      dwojezplecakiem.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.