07) LONDYN – sztuka w mieście i jazz w sztuce. Geniusz metra.

PRZED WYJAZDEM: spodziewaliśmy się zatrzęsienia Polaków, wysokich cen, nieprzychylności Anglików i podwyższonego stanu zagrożenia atakami terrorystycznymi. Liczyliśmy na świetne metro i słynne na cały świat, liczne muzea. 

PO POWROCIE: powiedzieć, że Londyn to duże miasto – to nic nie powiedzieć. To ogromna metropolia. Kolorowa, wielokulturowa, fascynująca zabytkami. Wbrew obawom – Londyńczycy są bardziej otwarci na turystów niż Paryżanie. I wcale Londyn nie jest drogi. Przeliczanie funta na złotówkę nie ma najmniejszego sensu. 

Słowem wstępu: postanowiliśmy zobaczyć, ile się będzie dało, wycisnąć miasto do ostatniej kropli. Stworzona przed wyjazdem lista MUST SEE była długa, ale tym razem korygowaliśmy ją wraz z upływem czasu – już na miejscu. Miasto będące kiedyś stolicą świata i sercem Imperium wymaga przygotowania – głównie ze względu na codzienne odległości do pokonania. Reasumując – wyjeżdżając na podbój Londynu – miejcie jakiś plan. 

JAK SIĘ TAM DOSTAĆ: tanie linie latają często i rzeczywiście są tanie. Można trafić bilety do Londynu za kilkadziesiąt złotych, przy czym powrotne zwykle są dużo droższe.  Trzeba polować, bo polując jest szansa na lot DO za 59zł i powrót za 99zł. Lecąc tanimi liniami lądujecie albo w Luton, Stansted albo na Gatwick. Lotniska są daleko od miasta (Luton – 45km, Gatwick – 40km, Stansted  – 42km). Wszystkie są dobrze skomunikowane z przedmieściami, regularnie kursują autobusy podmiejskie, autobusy pośpieszne i podmiejska kolejka. Oczywiście w zależności od czasu przejazdu, różne są ceny.  Z Gatwick najszybciej zabrać się linią Gatwick Express na Victoria Station (£17.80) .  Stansted Express – £18.90. Cena z Luton jest podobna. Transport z lotniska dowiezie Was tylko na przedmieścia – znaczy to, że dalej przesiadacie się na autobus lub metro w kierunku zgodnym z wybranym miejscem noclegu.  

Docieracie do dworca autobusowego na peryferiach Londynu. Teraz kupujecie kartę komunikacji miejskiej, czyli Oyster Card lub Travelcard (koszt £5). Kupujecie ją w licznych automatach (samą plastikową kartę potem możecie oczywiście zwrócić odzyskując kaucję) i doładowujecie. Doładujcie od razu na potrzebną Wam ilość dni (doładowac można na 7dni, miesiąc lub rok).  PLUS CENA KARTY (£5). Od teraz będzie ona Waszym nieodłącznym towarzyszem. Opcji zakupu i rodzajów doładowań biletów jest tak wiele, że upraszczając: kupujecie Oyster Card i ładujecie ją Bus&Tram na 7 dni. Transport do tanich generalnie nie należy. Odradzamy jednak kupowanie jednorazowych biletów papierowych – są dwukrotnie droższe od doładowania karty . Najtańsza opcja to BUS ONLY – nie radzę – korki.  A Londyn jest duży.

Uwaga: na wszystkich przystankach i dworcach obowiązuje absolutny zakaz palenia: grzywny do 500£! 

Na Oysterce koszt jednorazowy przejazdu wynosi £1.50 (autobus) niezależnie od ilości przesiadek w ciągu godziny lub £3.80 za metro. W autobusie nie kupicie biletu za gotówkę. Co ważne: na Oyster Card nie dojedziecie z lotniska. Możecie jej używać TYLKO w obrębie miasta (strefy 1-9). 

GDZIE MIESZKAĆ: miasto podzielone jest na dzielnice. Dzielnice połączone są numerami. Numery pogrupowane są na strefy komunikacyjne. Jak mawiają Anglicy: CHOOSE WISELY (wybierz mądrze). Ceny noclegów w ścisłym centrum są zabójcze dla przeciętnego turysty. Ceny dojazdu ze stref zewnętrznego Londynu (7-8-9) opróżnią Waszą kartę miejską w trybie nienaturalnie przyspieszonym. Bo zapomniałem dodać, że strefy komunikacyjne dodatkowo łączą się w Londyn Wewnętrzny (strefy 1-6) i Londyn Zewnętrzny.  Dojazd ze strefy zewnętrznej jest droższy niż poruszanie się po strefach wewnętrznych. Tak, wiem – brzmi skomplikowanie. Na szczęście komplikacje kończą się przy pierwszym kontakcie z metrem.  

Wracając do noclegów – wybierzcie kompromis między czasem dojazdu a ceną. Co z tego, że będziecie mieszkać tanio, jak dwie godziny (w jedną stronę) stracicie na dojazdy a przejazd zamiast £1.50 będzie kosztował £4.90. Nam głównie zależało na dobrym połączeniu – wybraliśmy tani hotel sieciowy w Barking. Sam hotel z podstawowymi wygodami i podstawowym wyposażeniem. Niestety – przy ruchliwej i głośniej ulicy. Ale za to z supermarketem tuż za ogrodzeniem i przystankiem autobusowym kilka kroków dalej. Wartością dodaną było to, że Barking jest dzielnicą hinduską – genialne knajpki, stragany i street-food. Sklepy z dojrzałymi owocami duriana czuć już z daleka. Oczywiście, co kawałek propozycje zakupu rewelacyjnych towarów importowych: “EEEEJ MISTA – only for Ju ekselent ŁOCZ, PIUR GOLD ŁIT DAJMONDS! Spesziali For JU very, VERY CZIP” 

Dojazd do centrum poniżej godziny (jeżeli za punkt orientacyjny przyjmiemy Big Bena) to dobry czas. 

 

TRANSPORT: londyńskie metro jest rewelacyjne – świetnie oznaczone, punktualne i szybkie. W godzinach szczytu może być tłoczno, ale to przypadłość każdego dużego miasta. Jeżeli jedziecie metrem – kartę komunikacji odbijacie na bramkach. Jeżeli wsiadacie do autobusu – pamiętajcie o odbiciu karty zbliżeniowo na kasowniku. Nie cwaniakujcie – kary za brak biletu są bardzo dotkliwe. 

 

Zarówno autobusy, jak i kolejka metra jeździ często – nie bójcie się, że nie zdążycie. Jeżeli macie problem z angielskim – nie lękajcie się: traficie bez problemu kierując się kolorami linii. Londyn jest przygotowany pod swoja wielonarodowość.  Dlaczego nie warto się spieszyć? Za pierwszym razem ogrom i ilość poziomów dużych przystanków metra może Was zaskoczyć. Od skasowania biletu na bramkach do dojścia na właściwy peron często upłynie Wam wiele minut, przejdziecie i przejedziecie wiele schodów. A jak już wejdziecie na peron i zajedzie kolejka – upewnijcie się, że jedzie w dobrym kierunku: nazwa końcowej stacji linii zawsze wyświetlana jest na pierwszym wagonie. 

 

CENY PRZEŻYCIA I ZWIEDZANIAfirst things first – MUZEA są darmowe. Przynajmniej stałe ekspozycje. Niezależnie od muzeum zbiory są ogromne. Wystawy czasowe i ‘przyjezdne’ są płatne, ale nie wiem ile czasu trzeba mieć, żeby zdążyć je obejrzeć.  

Ceny jedzenia w sklepach – umiarkowane. Pamiętajcie tylko, że tam nie zarabia się w złotówkach i Januszowe przeliczanie zupełnie nie ma sensu. Jeżeli chcecie jeść tanio i dobrze – żyjcie na street-foodzie. W londyńskim kotle znajdziecie wszystkie kuchnie świata.

 

Lubicie tikka masala i butter chicken – wybierzcie się do Barking. Wolicie chińszczyznę – ruszajcie na West End do Soho. Chcecie zjeść coś ikonicznie angielskiego – szukajcie fish&chips. WSZYSTKIE kuchnie w jednym miejscu znajdziecie na Camden. Tak, czy inaczej – za £5 będziecie nasyceni. Najtaniej i tak wyjdzie znana i wszechobecna sieciówka fast-foodowa na ’M’, ale traktujcie to jako ostateczność (zestaw: £3-6, podwójny: £1.59, quarter pounder: £3.59 [ceny weryfikowane przez mojego Syna – mieszkającego w Londynie psychofana fastfoodów]).  Makaron Chow Mein ‘z budki’: £3.90.  

Londyn obfituje w knajpki i restauracje. Zgodnie z oczywistą zasadą: czym bliżej centrum i miejsc turystycznych – tym drożej. Z okazji dnia ojca Córka moja (mieszkanka Londynu) zabrała nas na obiad do popularnej restauracji w Soho: w takich przybytkach trzeba już liczyć na £15 – 20 od głowy. Ale było WYBORNIE. 

Jeżeli tęsknicie za piwem – szukajcie baru irlandzkiego albo… polskiego. Angielskie piwo to siury.  

Biorąc pod uwagę, że na przykład w Paryżu zapłacicie i za jedzenie, i za zwiedzanie – Londyn nie wypada drogo. 

 

CO ZOBACZYĆ, CO ZWIEDZIĆ: 

Po pierwsze – Londyn to bardzo przyjazne miasto do spacerowania. Naprawdę dużo zobaczycie korzystając z własnych nóg. Bardzo dużo ciekawych ulic, uliczek i zaułków. Jeżeli się zmęczycie chodzeniem – kierujcie się do najbliższego parku. A jest ich wiele. W każdym parku możecie usiąść na trawie i odpocząć. Możecie zjeść kanapkę, przekąsić jakiegoś streeta czy wypić kawę. Największym i najsłynniejszym parkiem w centrum jest Hyde Park. Tuż za Pałacem Buckingham. Po Hyde Parku można chodzić godzinami – jest świetnym relaksem po zatłoczonym mieście. Ale w odróżnieniu od np. Krakowa MOŻECIE siadać na każdym skrawku zieleni, nikt Wam nie zwróci uwagi. O ile po sobie posprzątacie: trawniki w mieście są czyste – bez śmieci i psich odchodów. Zresztą sami zobaczycie, że na każdym placu, skwerku, zieleńcu, w każdym parku siedzą ludzie. Siedzą, jedzą, piją, rozmawiają, czytają książki. 

WESTMINSTER: wysiadacie na stacji Westminster, wychodzicie spod ziemi… i stoicie pod Big Benem. Big Ben zwykle jest w trakcie większego lub mniejszego remontu, więc nie liczcie na fotkę bez rusztowań. Powoli wkraczamy w rejony Starej Damy. Kiedyś City of Westminster był oddzielnym miastem, teraz jest niemożebnie zatłoczoną, uroczą Starą Dzielnicą. Tuż obok Big Bena zaczyna się imponujący Pałac Westminster – obecnie siedziba Brytyjskiego Parlamentu. My w Londynie byliśmy akurat kilka dni po kolejnym zamachu, więc Policja była wszechobecna. Jeżeli pójdziecie wzdłuż Pałacu – dojdziecie do przyległego Parku Victorii – stamtąd warto na wysokości Buxton Memorial Fountain odbić w prawo i wejść w Dean Stanley Street. Traficie wprost na Smith Square ze świetną salą koncertową St John’s Smith Square. Warto zobaczyć. 

 

Siecią prostopadłych uliczek wracamy na północ, aż do Westminster Abbey. To jeden z MUST SEE, to tutaj od tysiąca lat koronują się królowie i królowe Anglii. Samo opactwo jest spektakularne i zatłoczone – bez względu na porę dnia. Dlaczego? Otóż: Karol Dickens, Rudyard Kipling, Lord Byron, William Blake. Szekspir, Newton, Darwin i Stephen Hawking – Westminster Abbey to taka właśnie Teoria Wszystkiego. 

Tuż obok macie jeszcze do zaliczenia (choćby tylko z zewnątrz: Imperial War Museums, słynne 10 Downing Street czy wciśnięty w kamienice Church House Westminster. Ale jeżeli wydaje się Wam, że to wszystko, jeśli myślicie, że Westminster Abbey trudno przebić – idźcie na wschód aż natkniecie się na Westminster Cathedral. Często mylona ze starym opactwem, a to budowla dopiero stuletnia, młoda. Dla odmiany w stylu neobizantyjskim – OGROMNA. 

Jesteście przysłowiowy rzut beretem na północ od kolejnej słynnej atrakcji Londynu. 

 

PAŁAC BUCKINGHAM i St James Park: to właśnie ten Pałac oglądacie najczęściej w tle wydarzeń ‘królewskich’. To tutaj zbierają się tłumy witając kolejne Royal Baby. To tu Anglicy z całego kraju zjeżdżają się na kolejne urodziny Królowej. Wreszcie – to właśnie tutaj odbywa się słynna zmiana warty. Możecie być pewni, że w porze zmiany warty całe ogrodzenie przed frontem Pałacu będzie oblepione ludźmi z aparatami i komórkami. Nam się akurat nie udało trafić na ‘czapkowców’.  

Spod Pałacu Buckingham możecie iść przez park – odpoczniecie chwilę od zabudowań. Bardzo przyjemne alejki wśród zieleni, jeziorko, łabędzie, kaczki. Trochę inny świat, w którym niknie zgiełk dużego miasta wokół. Z parku, przez Admiralty Arch wychodzicie na… 

 

TRAFALGAR SQUARE: jeden z głównych placów miasta – nie przegapicie go: wystarczy kierować się na widoczną z daleka, 55cio metrową Kolumnę Nelsona. Tradycyjne miejsce londyńskiej imprezy sylwestrowej i dobry punkt orientacyjny dla turystów. Ale przede wszystkim – tutaj znajduje się wejście do NATIONAL GALLERY. Wstęp darmowy, tylko wystawy czasowe płatne. Jeżeli koś chce – może wrzucić do skarbonki dobrowolny datek na utrzymanie galerii. Przygotujcie się na drobiazgową kontrolę bezpieczeństwa. Taka kontrola czeka Was przy każdym muzeum. Jeżeli lubicie malarstwo, jeżeli macie jakieś wspomnienia obrazów z podręczników w szkole podstawowej – tutaj właśnie znajdziecie je wiszące na ścianach: “Madonna w grocie” da Vinci i “Słoneczniki” van Gogha. Do tego CaravaggioCezanneVelazquezSantiEl GrecoTycjanRenoir i wielu, wielu innych. Mekka dla widzących kolory i kształty. Jeżeli do takich należycie – zarezerwujcie sobie na National Gallery sporo czasu: tej galerii nie da się szybko obskoczyć. 

Jeżeli z Trafalgar Square skierujecie się (mijając pomnik króla Jerzego III) ulicą Haymarket na północ, dojdziecie do… 

PICCADILY CIRCUS: kolejna wizytówka miasta: w dzień zatłoczony – ważny węzeł komunikacyjny pod i nad ziemny. Wieczorem zaczyna żyć grajkami ulicznymi, pantomimami, sztukmistrzami i śpiewakami. W nocy rozświetlony do jasności potężnymi neonami. Schody pod Fontanną Anterosa ciasno zajęte ludźmi. Z każdej strony coś gra, coś stuka i puka. Ciemne gardło zejścia do stacji metra nieustannie wypluwa i połyka tłum. 

Nas spotkała tutaj przygoda: byliśmy w Londynie akurat w czasie trwania festiwalu w Glastonbury. Oboje lubimy muzykę, więc nocami w hotelu chętnie oglądaliśmy transmisję. Jednej nocy, dla stutysięcznego audytorium występował Ed Sheeran. Następnego dnia wchodzimy na Piccadily… a tu… Ed Sheeran z gitarą śpiewa sobie dla przechodniów. Jest czad.  

Dodatkowo – jesteście już prawie w Soho: jeżeli chcecie zaliczyć prawdziwą, pyszną, pikantną i pachnącą chińszczyznę – to właśnie ten moment. Wybór knajpek i restauracji jest ogromny, tak samo jak widełki cenowe. Nie liczcie na to, że starą i wypróbowaną metodą pójdziecie jeść do tej restauracji, w której będą ludzie. Bo tu w każdej będą ludzie – idźcie tam, gdzie znajdziecie miejsce. 

 

MUEUM NAUKI (Science Museum): muzeum, w którym każdy facet wróci do dzieciństwa, do czasów zabawy modelami, czasów fascynacji samolotami, samochodami i chęci bycia kosmonautą. Moja Lepsza Połowa, z początku sceptyczna, tak się zawzięła na nadawanie komunikatów aparatami sprzed alfabetu Morse’a, że nie mogłem jej oderwać od zabawy. Rakiety kosmiczne, lądowniki, motocykle i superkomputer CRY-1.

FA-SCY-NU-JĄ-CE. Dla każdego lubiącego technikę i historie wynalazków – obowiązkowy punkt Londynu. Nie wiem, czy nie lepszy od sławnego Muzeum Historii Naturalnej. Ale jestem chłopem. 

 

 

MUZEUM HISTORII NATURALNEJ (Natural History Museum): Droga Czytelniczko – jeżeli podróżujesz po Londynie z facetem i dzieckiem, to właśnie zorganizowałaś sobie mnóstwo wolnego czasu na shopping. Wystarczy, że jednego wsadzisz do Muzeum Nauki, drugiego do Muzeum Historii Naturalnej, a po kilku godzinach zamienisz ich miejscami. Kobieto – jeżeli przypadkiem nie interesuje Cię ani technika, ani biologia, a shopping już zaliczyłaś – kieruj się do Muzeum Victorii i Alberta (Victoria and Albert Museum): poczujesz się jak w gadżeciarskim raju rękodzielniczym. Tysiące pomysłów, czym wzbogacić półki w domu, z czego zrobić i jak udrapować zasłony. 

Dobra, koniec z tymi szowinistycznymi bzdetami: Muzeum Historii Naturalnej to kilkadziesiąt milionów eksponatów: dinozaury, szkielety, rośliny, zwierzęta, minerały. Setki eksperymentów do wykonania i setki symulacji do obejrzenie. Wisienka na torcie – platforma udająca trzęsienie ziemi, ze zwiedzającymi na pokładzie oczywiście. Super zabawa i nauka dla gości w każdym wieku. Jeżeli muzeum może spełniać rolę edukacyjną – to TO jest ideałem. 

A Muzeum Victorii i Alberta – świetne dla fanów etnografii i bibelotów z całego świata. Jeżeli nie interesują Was makatki z Dolnego Zimbabwe – odpuśćcie sobie, jest tyle innych ekspozycji do zobaczenia. 

Na przykład… 

 

BRITISH MUSEUM: jedno z największych na świecie muzeów historii starożytnej. Szczytowy pomnik polityki rabunkowej Imperium Brytyjskiego. WSPANIAŁE. Oszałamiające. To tutaj popełniłem swój (jeden z wielu) poważny błąd – pomyślałem: zobaczę mumie, posiedzę trochę w Egipcie i resztę szybko jakoś przelecę. Po trzech godzinach BIEGANIA po samej tylko Mezopotamii już wiedziałem – to pułapka: nie dam rady.  

British Museum jest OGROMNE. Nie ma szans zobaczyć w jeden dzień. Duża kolejka już przed wejściem zwiastuje tłok w środku. Kolejka jest zawsze. W środku trochę się rozmywa, bo… wspominałem, że muzeum jest ogromne? Mumie, sarkofagi, posągi i posążki. Całe ściany świątyń. Płaskorzeźby i rzeźby. Starożytna Grecja, legendarny Kamień z Rosetty, niesamowity skarb z Sutton Hoo, kosmiczne manuskrypty Albrechta Durera. I gdzieś w kąt wciśnięta w szklaną gablotę Kryształowa Czaszka.

Jeden dzień na British Museum to stanowczo za mało. Mało. MAŁO. 

 

 

TOWER BRIDGE i TOWER: kolejne symbole miasta. Przy czym idąc spod więzienia Tower zmieniamy brzeg Tamizy. Przechodzimy przez Tower Bridge i wreszcie (znowu) coś dla dużych chłopcówHMS Belfast. Legendarny okręt – to on polował na dumę IIIciej Rzeszy – pancernik Scharnhorst. To właśnie Belfast skutecznie polował na największy okręt liniowy zbudowany w Europie – pancernik Tirpitz (bliźniak Bismarcka). I można go zwiedzać. Pomyślicie sobie: ‘Phi… byłem/byłam na naszej Błyskawicy w Gdyni’. Nie, nie ta skala: Belfast jest dwukrotnie większy pod każdym względem.

Więzienie Tower można zwiedzać – jest w nim skarbiec z królewskimi klejnotami i kolekcja zbroi. Na taras widokowy Tower Bridge również można wejść, ale za opłatą. 

 

 

 

Tamizę dzielącą Londyn można przekraczać wieloma mostami.  Za którymś razem przebyliśmy ją mostem London Bridge. Kilka dni po kolejnym, tragicznym zamachu terrorystycznym. Londyn składa hołd ofiarom – setki kwiatów, bukietów i karteczek z wyrazami współczucia. Więcej policji na ulicach. Ale miasto żyje dalej. Miasto się nie boi i nie ulega. Tak samo jak Paryż czy Madryt. Takie czasy. 

 

TATE MODERN: muzeum sztuki współczesnej. Oboje uwielbiamy sztukę współczesną, ale oboje inaczej. Nie do końca ją rozumiemy, nie jesteśmy znawcami ani koneserami – oboje nas zadziwia bezczelność abstrakcyjnych konstrukcji nazywanych ‘wielkimi dziełami’. Fascynuje nas rozmach bohomazów na poziomie dziecka z pierwszymi kredkami – wartymi miliony dolarów. Jak to określił mój kolega: obrazy Pollocka to namalowany Free Jazz. 

 I właśnie: ja – wielbię Pollocka, moim idolem jest Miro, za kolory Kandyńskiego i Kleina dałbym się pokroić na nierówne plasterki. Za to moja Lepsza Połowa (ścisły umysł ścisły) długo może się wpatrywać w idealne kreski Canaletto i w kolorowe, dopracowane w każdym szczególe, wytryski umysłu Salvadora Dali. 

Galeria Tate Modern nas wessała. Mieliśmy na nią przeznaczone kilka godzin – spędziliśmy w niej cały dzień.  

Wchodzicie na poziom ‘0’ wielkiego, industrialnego budynku po starej elektrowni: z każdej strony, z ukrytych głośników coś gada, coś szepce. Zagłębiacie się w betonowy bunkier o surowych ścianach i otaczające Was niepokojące szepty zaczynają łączyć się z wysokimi i nieprzyjemnymi dźwiękami. Aż docieracie do dużej hali, w której na posadzce leżą różnej wielkości grające kule połączone kablami, sznurkami i drutami. To artystyczna wizja świata. Zaczyna się ODLOT i jazda bez trzymanki.  

I tak przez wszystkie cztery piętra. W innej sali – wejdziecie na pole ziemniaków: dużych, porozrzucanych w nieładzie, ale (cholera!) ziemniaków: to słynne ‘abakanki’ Magdaleny Abakanowicz – według ‘znawców’ łamiące czas i przestrzeń. Popatrzcie na dzieło “Trzy jajka”: są jajka dwa, a jednak trzy.  

Nasuwa się naturalne porównanie z innym słynnym muzeum sztuki nowoczesnej – paryskim Centre Pompidou. Naszym zdaniem: Tate Modern wygrywa przez nokaut. Przed nami (w niedalekiej przyszłości) muzeum Guggenheima w Bilbao – już jesteśmy ciekawi tego sparingu. 

 

 

CAMDEN TOWN: dzielnica Londynu, do której można wracać każdego dnia. Dzielnica freaków, knajp, street – foodów, muzyki i rękodzieła. Handel obwoźny, piwo, fish&chips i CyberdogCamden – to jakby fragment zupełnie innego miasta przeszczepiony w uporządkowany Londyn.  

 

Kolorowe uliczki zdobione niesamowitymi witrynami sklepów, duży plac targowy z przysłowiowym ‘mydłem i powidłem’, świetne i klimatyczne knajpki – niezależnie jakiej muzyki słuchacie – na pewno znajdziecie coś w swoim klimacie. Ale centralną część Camden stanowi Camden Lock Market. Nad kanałami, w ceglanym budynku starych stajni znajdziecie kilkupoziomowy misz-masz sklepików, straganów i wystawek. Kupicie tu rękodzieło, ubierzecie metalagotha i rastafariana. Ciuchy, buty i biżuteria. Rzeźbione figurki i kadzidełka.

Nie oprzecie się zapachowi jedzenia – dziesiątki budek i stoisk paruje i kusi. Króluje kuchnia orientalna i meksykańska, ale znajdziecie też zarówno pudding jak i rybę z frytkami. Tanio. Pysznie. Zastawa stołowa i sposób podawania dania może na pierwszy rzut oka budzić lekkie zastrzeżenia (wybrane jedzenie z głośnym dźwiękiem ‘CIAP’ wrzucane jest do aluminiowych pojemniczków i podawane z wbitym plastikowym widelcem). Jecie siadając na schodach, chodnikach czy krawężnikach. Tylko na Camden kupicie smażoną rybę tradycyjnie, po angielsku, zawijaną w gazetę. Takie oto klimaty. 

Zostaje jeszcze Cyberdog: sklep techno&rave. Mocne bity, lasery, tysiące gadżetów, fluorescencyjne koszulki, odjechane ciuchy wszelakie. Nawet jeśli Was to nie rajcuje – zajrzyjcie w paszczę Cyberdoga – niesamowite wrażenia.

 

Na Camden można wracać o różnych porach dnia i nocy – za każdym razem jest trochę inaczej, za każdym razem jest świetnie.  WARTO. 

 

 

Trzeba zauważyć jeszcze dwie londyńskie miejscówki: Baker Street i Notting Hill. Obie rozsławione przez książki i filmy. Baker Street 221B – mieszkanie Sherlocka Holmesa. Numer domu 221B jest tak samo fikcyjny, jak Holmes i Watson. Muzeum Sherlocka znajduje się między numerami 237 i 241. I zawsze stoi do niego długa kolejka. 

Notting Hill: dzielnica willowa. Jeżeli jesteście w Londynie w sierpniu – macie szansę zaliczyć Notting Hill Carnival, czyli kolorowe parady uliczne. Uwaga: ani Hugh Grant, ani Julia Roberts tu nie mieszkają 😉 

 

Jest jeszcze London Eye – wysokie na 135metrów koło młyńskie, oferujące półgodzinną przejażdżkę z szansą (przy dobrej pogodzie) na panoramę miasta. Obok tej gigantycznej karuzeli mieści się londyńskie akwarium – Sea Life. Poszukacie trochę, a znajdziecie świetny skwer w centrum miasta – otoczona wysokimi budynkami zielona enklawa: Leicester Square. Nie można, nie da się nudzić. 

I jeszcze a propos przemieszczania się między dzielnicami: jeżeli możecie – zawsze wybierajcie metro. Przejazd piętrowym autobusem może i jest ciekawy, ale tylko przez dwa, trzy przystanki. Później będzie Was wkurzało nieustające stanie w korku. Metro jest genialne. 

Londyn to fascynująca metropolia. Nie zawiodła nas. Wprost przeciwnie. Jesteśmy pewni, że tam wrócimy. Mieszanka starej kultury z nowoczesnymi, szklanymi wieżowcami. Bez żadnego ładu architektonicznego.  Jeżeli miałbym przyrównać miasto do muzyki, bez wątpienia byłby to PUNK. Nie przez przypadek właśnie Londyn urodził Sex Pistols i The Clash. A jak śpiewają Clashe: London Calling! 

 Bo Londyn czeka i jest w zasięgu ręki. Musimy tylko zorganizować sobie znowu kilka dni wolnego i tanio upolować bilety. Jak zwykle trudniej będzie o urlop. 

 

Jedna myśl w temacie “07) LONDYN – sztuka w mieście i jazz w sztuce. Geniusz metra.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.