13) SZPINDLEROWY MŁYN – na narty, czyli lyžování ve Spindlerovém Mlýně

          Szpindlerowy Młyn, czyli Spindleruv Mlyn to niewielkie miasteczko w północnej części Czech. W linii prostej 20km od Jeleniej Góry i 10km na południe od Karpacza. Ale, że przez góry nie ma linii prostych, to zarówno z Jeleniej Góry jak i z Karpacza do przejechania mamy około 80km.

Jeżeli zdarzy Wam się wędrować po Karkonoszach zdobywając Śnieżkę czy Szrenicę i spojrzycie w stronę granicy – to rozległe stoki na południe od szlaku właśnie będą w Szpindlerowym. Ale o stokach, warunkach narciarskich, cenach i atrakcjach będzie trochę niżej. 

 

Często zadawane Nam pytanie: dlaczego mieszkając w Krakowie mając ‘pod nosem’ góry, mając w zasięgu Białkę, Szczyrk, Rabkę, Muszynę czy nawet Zakopane, dlaczego od lat wybieramy odległy o 450km Szpindlerowy Młyn? 

 

 

Powodów jest kilka 

Pierwszy: nie ma tłoku.  Na pewno znacie taką sytuację: skoro świt jedziecie do Białki Tatrzańskiej. Po przebiciu się (czasem wolniej, czasem szybciej, najczęściej bardzo powoli) przez Zakopiankę kupujecie karnet 4h (65zł) lub 6h (80zł). I połowę czasu stoicie w kolejce do wyciągu. Niewiele przesadzam. Czy to Spytkowice, czy Mosorny Groń, czy Wisła – trzeba swoje odstać. 

 

 

Szpindlerze jest inaczej. Kolejki na 5minut stania to już poważny tłok. Najczęściej zjeżdżając z góry wbijamy prosto pod bramki wyciągu. POD JEDNYM WARUNKIEM: zawsze sprawdzamy w necie terminy zimowych ferii czeskich i niemieckich. Żeby je ominąć, żeby się z nimi nie zderzyć. Raz nacięliśmy się na taką kumulację i tłok był potworny. Taki z Kotelnicy Białczańskiej. 

 

Drugi, kluczowy powódśnieg. Pewnie wynika to z mikroklimatu miejsca, może i jest na to jakieś inne wytłumaczenie – nawet gdy u nas zima straszy trawą, w Szpindlerowym Młynie leży śnieg. Zdarzało nam się, że jechaliśmy wiosenną autostradą, przekraczaliśmy jesienną granicę. Myśleliśmy – no dobra, pospacerujemy, napijemy się wina, no trudno – nie poszusujemy. W Szpindlerowym – bach! Śnieg. Na kilkanaście lat RAZ zdarzyło się, że padał deszcz. Ale śnieg i tak był. 

 

Trzeci powód: cenytrasy, infrastruktura. Nasze auto pali jak smok. A i tak tygodniowy wyjazd do Szpindlerowego Młyna wychodzi taniej, niż tydzień w Polsce. Lepiej niż na Słowacji i o niebo lepiej (finansowo) niż Włochy czy Austria. Wiadomo – Czechy to nie Alpy. Ale tras o różniej trudności i długości jest wystarczająco. Zresztą – przybliżę je w opisie trochę dalej. Baza noclegowa jest ogromna. Skibusy jeżdżą sprawnie. Jest gdzie zjeść i wypić piwo. Oczywistością jest obecność zaplecza usługowego dla narciarzy, a niektóre pensjonaty posiadają swój serwis nart. 

Czasem od znajomych słyszymy: “co Wy tak do tego Szpindlerowego Młyna jeździcie, wybierzcie się do Austrii, tam dopiero jest narciarski raj!”. I my się z tym zgadzamy: zaliczyliśmy austriacki Saalbach, zryliśmy nartami włoskie Ravascletto. I nie porównujemy warunków alpejskich z Tatrami, bo sensu w tym będzie niewiele. Porównujemy warunki w naszych, polskich ośrodkach z warunkami w największym ośrodku czeskim. Warunki na szybki, niedrogi, choćby i weekendowy wypad narciarski.  

 

A propos samochodu: w styczniu 2018 przyjechaliśmy do Szpindlera po czarnym asfalcie. W ciągu pięciu dni spadło PÓŁTORA METRA śniegu. Wyjazd w stronę Trutnova totalnie odcięty. Wyjazd w stronę Jakuszyc w tunelu wysokich zasp. Łańcuchy to obowiązkowy ekwipunek, nawet jeśli w Polsce zima jest słaba. Napęd 4×4 jest bardzo, bardzo pomocny. O takiej oczywistości jak opony zimowe nawet nie wspominam. A jeżeli wjedziecie w rejon obowiązkowych łańcuchów (znaki drogowe) i czeska policja podczas kontroli ich nie znajdzie – mandat będzie bolesny. 

 

No dobra, wstęp za nami. Wkraczamy do Szpindlerowego Młyna. 

 

      Spindleruv Mlyn to niewielkie miasteczko rozciągniete wzdłuż jednej drogi łączącej dwie góry. Przecięte rzeczką Łabą, z jednym centrum handlowym, kilkoma sklepami sportowymi, kilkoma spożywczakami (potraviny), kilkoma knajpo-restauracjami nastawionymi na łupienie turystów i jednym kebabemJedzenia polecam jednak szukać w pobliskim Vrchlabi – będzie opisane oddzielnie. I pamiętajcie: w Czechach nie używajcie nigdy słowa “szukać”. 

 

Ze znalezieniem noclegu (ubytovani) nie ma problemu, ale należy robić to ze znacznym wyprzedzeniem. My najczęściej mieszkamy w dzielnicy Berdichov, mamy tam trzy zaprzyjaźnione już w ciągu lat pensjonaty rodzinne. Płacimy w koronach czeskich lub w euro. Nocleg ze śniadaniem w szczycie sezonu kosztuje około 15E.  Uwaga praktyczna: rezerwujcie bezpośrednio u właścicieli, będzie taniej niż przez znany portal. Tak powiedział nam aktualny właściciel pensjonatu, syn ojca swojego, poprzedniego właściciela, u którego mieszkaliśmy kilka razy. Czeski serial. 

Berdichov jest dla nas o tyle dobrym wyborem, że wprost z pensjonatu, wąską ścieżką w dół mamy 350m do dolnej stacji wyciągu. A wracamy skibusem. Do ‘centrum’ 10minut spacerkiem. 

Raz mieszkaliśmy pod Medvedinem, na drugim końcu miasteczka, ale ani dojazd do pensjonatu, ani jako miejsce startu pieszych wycieczek ‘na miasto’ się nie sprawdziłoSiła przyzwyczajeń. 

Pod Medvedinem możecie skorzystać z najnowszej atrakcji miasta – aquaparku. Choć tak naprawdę to po prostu hotelowy basen z kilkoma bajerami. Reklama dźwignią handlu. 

 

 

Teraz to, co tygryski… znaczy śnieżne pantery lubią najbardziej: NA NARTY! 

Święty Piotr (Svaty Petr) – to w zasadzie połączone dwie stacje narciarskie: Święty Piotr i Hromovka. Obie są przystankiem skibusa, w obu można kupić bilety dzienne i karnety. 

Dygresja 1: zanim kupicie bilety w kasie, najlepiej jeszcze na etapie planowania całego wyjazdu sprawdzić PROMOCJE INTERNETOWE na stronie skiarealu (www.skiareal.cz). Prawie na pewno będzie taniej niż bezpośrednio w kasie, prawie na pewno zakup online będzie łączył tańsze bilety z upustem na cenę noclegu. Trzeba sprawdzać. Zresztą większość pensjonatów też oferuje specjalne karty zniżkowe na zakup karnetów. Sprawdzajcie aktualne oferty, pytajcie zanim zapłacicie za nocleg. Zakupiony karnet obowiązuje w całym kompleksie Szpindlera. 

 

HROMOVKA to JEDYNY oświetlany stok, jedyny umożliwiający wieczorną jazdę. Całość długa na około 1400m. Pierwsza część łagodna z możliwością zabawy na hopkach, druga część już ostrzejsza, z fantastycznym, długim prawym łukiem pod same bramki. Jest gdzie się rozpędzić, ale jest i gdzie efektownie wyhamować. Jazda wieczorna jest przyjemna, o ile ratraki wyrównają stok po jeździe dziennej. A to niestety nie jest regułą. 

 

W dzień z Hromovki można odbić w prawo i włączyć się w trasę wiodącą do dolnej stacji Świętego Piotra. 

 

SVATY PETR: na szczyt wiezie nas podgrzewana, sześcioosobowa kanapa z osłoną wiatrową. I jedzie szybko – to info dla tych, którzy kiedykolwiek jechali ślamazarnym wyciągiem w Laskowej. Jeżeli jest dobra pogoda to na bank spędzicie na szczycie chwilę podziwiając widoki. Dodatkową atrakcją jest wystawiony tam namiot z rzeźbami lodowymi (przynajmniej ostatnie trzy zimy był). Wiecie – lodowe Gwiezdne Wojny albo inny Władca Pierścieni. Teraz do Was należy wybór: niebieska, najdłuższa trasa, czy trochę ostrzejsza – czerwona. Zresztą i z niebieskiej, i z czerwonej można trasę zmienić kilkoma leśnymi przejazdami. Trasy można zmieniać, łączyć, zjechać do Hromovki na dwa sposoby. Miejsca do wyżycia się naprawdę nie brakuje. Nawet najkrótsze trasy mają grubo ponad kilometr. A można też ze szczytu Św. Piotra zjechać całkiem w prawo i wpiąć się na trasę FIS, certyfikowaną przez Międzynarodową Komisję Narciarską. 

Chociaż dużo lepiej i dwuetapowo na stok FISu wjechać krzesełkiem z samego dołu, wyciągiem za restauracją. Uwaga – ten stok jest wymagający. Przy gorszej pogodzie bywa nawet naprawdę ciężki. Miejscami stromy, często oblodzony, jeszcze częściej z muldami. Jeżeli nie ma słonecznej pogody, macie dużą szansę na szusowanie we mgle. Wjazd na górę krzesełkiem i orczykiem, jest czas zmarznąć. 

Jak by nie patrzeć, jak by nie liczyć – wyszaleje się każdy narciarz, niezależnie od umiejętności. 

  

Dygresja 2: pod Św. Piotra nie dojedziecie samochodem. Dojedziecie darmowym skibusem lub taksówką. Pomysł spaceru z nartami z centrum pod stację narciarską jest słaby. 

 

Stok STOH: jeżeli mało Wam trasy FIS na Św. Piotrze – koniecznie zaliczcie Stoh. Dotrzeć pod niego można najprościej skibusem, 5 minut od Piotra. Stoh to prosta, wąska i dość stroma przecinka w lesie. Narciarzy zawsze niewielu. Do ekstremalnej jazdy na krechę – ideał 😊  

 

 

MEDVEDIN. Dojedziecie skibusem lub samochodem. Parkingi tuż pod ośrodkiem, karnet wciąż ten sam. Na górę Medvedina dostaniecie się tylko jednym wyciągiem, stąd na dolnej stacji czasem tworzy się kolejka. Ale idzie sprawnie, czekanie 10min to rzadkość.  

Jeżeli jeździcie dobrze – śmiało ze szczytu ruszajcie lewą (czarna!) stroną: będziecie usatysfakcjonowani i wybiegani jak chomik w karuzeli.  

Jeżeli zaś jazda na krawędziach jeszcze Was nie dotyczy – wybierzcie prawą stronę Medvedina. 

Ale jeśli stawiacie pierwsze kroki narciarskie, jeśli hamujecie i skręcacie pługiem lub po prostu pragniecie zrelaksować się podziwiając zamarznięty las – wybierzcie trasę turystyczną. Turystyczna Medvedina, to łagodna nartostrada z kilkoma zakrętami i łukami, na której poradzi sobie każdy narciarz. Prowadzi aż do polany HORNI MISECKY, na której śmiało można szlifować umiejętności. Z Hornich Misecek możecie zjechać albo do dolnej stacji, albo korzystając z kilku orczyków zmienić trasę na inną. A tras jest do wyboru kilka, znowu nie można się nudzić. 

Jedna uwaga: jeśli wybierzecie długą trasę turystyczną, to na jej dole, tuż przed zjazdem na Horne Misecky jest dość długi płaski odcinek. Jeżeli jeździcie bez kijków, przygotujcie się na męczące łyżwowanie lub mozolne przedreptanie jakichś 100m. 

 

 

Dla fanów ApresSki: knajpka narciarska jest na dole Świętego Piotra, na szczycie Medvedina i w połowie jednego ze stoków. Niezłe i szybkie jedzenie znajdziecie na wprost wyjścia z Medvedina, tuż po drugiej stronie ulicy. Na stokach ostra i gorąca zupa gulaszowa czyni cuda. Herbata z rumem jest herbatą z MOCNYM czeskim rumem – po dwóch takich nie ryzykowałbym prowadzenia samochodu. 

 

 

Były plusy dodatnieczas na PLUSY UJEMNE: 

Nie, nie są to zimowe Alpy. Na dodatek mam wrażenie, że Czesi wychodzą z założenia, że jak pada śnieg to ratrakowanie stoków nie ma sensu. I tego nie robią. Często muldy zbliżają kolana narciarza do jego szczęki. Inna wkurzająca przypadłość, najczęściej na stokach Świętego Piotra – w trakcie odbywania jakichś zawodów całe stoki bywają na cały dzień wyłączone z użytkowania. Zamknięte i już. Skibusy nie kursują zbyt często i bywają zatłoczone. Tym bardziej, że jeżdżą nimi mieszkańcy Szpindlera.

I jeszcze jedzenie – próbowaliśmy kilku restauracji… i było…hmmm…średnio. W Szpindlerowym Młynie z czystym sumieniem polecamy tylko pizzerię Belmonte – pizza, makarony, dania obiadowe: wszystko dobre lub bardzo dobre.  Ale wybór gastronomii jest duży, nie wszędzie dotarliśmy.

 

Jeżeli wybieracie się na zakupy lub obiad jedźcie do Vrchlabi. We Vrchlabi możecie mieć problem z parkowaniem w okolicy rynku: kierujcie się na kościelną wieżę, zaparkujecie na dużym parkingu przy cmentarzu. Stamtąd skrótem koło Urzedu Miasta w trzy minuty jesteście w centrum. Sklepów pod dostatkiem, świetne vinoteki (my polecamy Victoria Wine), smaczny fast food, bardzo fajne knajpki wegetariańskie z doskonałymi kaszami i kluskami. No i trochę taniej niż w kurorcie Młyna. I jeszcze jedna podpowiedź: nie bójcie się marketów sieciowych (Billa, Peny itp.). Kupicie w nich naprawdę dobre sery. A jeżeli kupiliście już czeskie wino – czeskie sery będą godnym uzupełnieniem. Aha! Pisałem o tym w innym opisie innej czeskiej wycieczki (Horice), ale tu też dodam: szukajcie wina lanego (sudove vino) – warto potestować, warto kupić do domu. Czeskie wina są warte grzechu. 

 

W okolicy znajdziecie jeszcze kilka ośrodków narciarskich i wiele pojedynczych stoków.  Jest popularny Pec pod Snezkou, jest Cerna Hora, są RokytniceMy jednak polecamy zagnieździć się w Szpindlerowym Młynie. Na pewno do narciarskiego wyszalenia się wystarczy. Ośrodek cały czas, z roku na rok się rozwija. W planach Czesi mają połączenie trasami i wyciągami dwóch gór: Medvedina i Świętego Piotra. Kiedy tak się stanie, Skiareal Spindleruv Mlyn będzie kapitalnym zagłębiem narciarskim, jeszcze lepszym niż jest teraz. A już jest naprawdę dobrym. 

 

Ostatnio zahaczyliśmy o Spindleruv Mlyn w lecie. I to zupełnie inne od tego zakopanego w śniegu miasteczko. Choć dzięki mnogości szlaków pieszych i rowerowych Szpindler żyje cały rok. 

 

 

Zapraszamy do pytań i dyskusji

dwojezplecakiem.pl